26.12.06

Łańcuch zakotwiczony w Niebie

Liturgia. Ciężko nam się o niej rozmawia, bo nawet nie wiemy, gdzie się kończy liturgia, a zaczyna co innego: paraliturgia, celebracje pozaliturgiczne, pobożność ludowa... Katechizm tego nie precyzuje; zgrubna reguła, jakiej nauczył mnie kiedyś pewien kapucyn - liturgia to to, co pochodzi bezposrednio od Chrystusa - też nie wszystko wyjaśnia. Bo w jakim sensie spowiedź pochodzi od Chrystusa, a smażenie ryb od Niego nie pochodzi?

Więc chciałoby się zobaczyć płynne przejście od celebracji Eucharystii, której nikt miana liturgii nie odmawia, aż do barokowego bogactwa nabożeństw i modlitw, a nawet prostych gestów łamania opłatka czy zapalenia świecy. I chyba można się takiego przejścia dopatrzeć, jesli się zacznie wyżej. Nie od mszy. Od Apokalipsy.

Liturgia jest „czynnością” całego Chrystusa (Christus totus). Ci, którzy obecnie ją celebrują - poprzez znaki, którymi się posługują - uczestniczą już w liturgii niebieskiej, gdzie celebracja w całej pełni jest komunią i świętem. [KKK 1136]
Nasza liturgia "podczepia się" pod liturgię niebieskiego Jeruzalem, stamtąd czerpie swą siłę i wieczną aktualność. W analogiczny sposób pod liturgię podczepiają się wszelkie paraliturgiczne gesty i ceremonie, kolejno bardziej i bardziej wtórne. Świeca zapalana przy rodzinnej kolacji jest córką tej zapalanej na modlitewnym spotkaniu Kościoła, wnuczką tej płonącej w czasie mszy na ołtarzu, prawnuczką paschału. I praprawnuczką Świecy płonącej wiekuiście przed tronem Boga i Baranka.

6.12.06

Co jest nieludzkie

Z dyskusji na zakończenie rekolekcji: dziewczyna, w naszym wieku, walczy z rakiem. Mogłoby jej pomóc naświetlanie, ale to ryzyko przepalenia tętnicy (wylew, śmierć na miejscu). Lekarze mówią, że sama musi zdecydować, nikt tego nie zrobi za nią. Ale to przecież nieludzkie, żeby wszystko zależało od naszej decyzji! Bóg na pewno postanowił, czy ona ma żyć, czy umrzeć; i jeśli ma żyć, to przeżyje, niezależnie od tego, co zdecyduje.

Nieludzkie? Mnie się wydaje, że nieludzkie to by było, gdyby od naszych decyzji nic nie zależało...

5.12.06

Opium dla mas

-- Nie wydaje ci się czasem, że religia to opium dla mas, że to wszystko jest bez sensu, że żadnego Boga nie ma, a wiara służy jedynie zaspokojeniu naszych własnych potrzeb psychicznych? Bo mnie czasem takie myśli nachodzą.
-- Ale to są dwa pytania. Jedno, czy przychodzi mi czasem do głowy, że Pana Boga nie ma; a drugie, czy przychodzi mi czasem do głowy, że to, co robię, robię dla siebie a nie dla Niego.
-- ...no dobrze, to są dwa pytania. Więc?
-- Na pierwsze nie. Na drugie tak.

4.12.06

Logike latreia

1-3 grudnia, Zagórze Śląskie, rekolekcje "Dojrzałość - Wolność - Odpowiedzialność". W sobotni wieczór klękamy do adoracji. Agnieszka K. rozdaje kartki z inspirującymi tekstami do rozmyślań. Jaś (mój mąż) losuje jedną dla mnie, jedną dla siebie, podaje plik dalej. Biorę swoją kartkę i czytam.
Odnaleźć Jezusa jak zapomnianą melodię, jak kolor nieba wiosennego, jak ciszę morza o wczesnym poranku.
[To z ks. M. Malińskiego - na kartce tej informacji nie było, ale powielając ją publicznie powinnam chyba dodać źródło].
Cooo??!?
Co to w ogóle znaczy? Co ma jedno z drugim wspólnego? Dlaczego dostał mi się jakiś pseudopoetycki bełkot, z gatunku "Zegarmistrz światła purpurowy", w którym nie sposób dopatrzeć się żadnej logiki? O czym ja mam tu mysleć? I w dodatku dostałam ją z rąk mojego własnego mądrego, logicznego, poukładanego męża! Et tu, Brute, contra me?

Nieruchomo wcisnieta w ławkę kaplicy Domu Rekolekcyjnego, wewnątrz kipiałam. Już wcześniej parę spraw mnie zirytowało, więc nerwy miałam napięte jak postronki. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie wstać i nie wyjść na korytarz, żeby jakoś wyładować złość, ale nie byłam pewna, czy korytarz nie jest wciąż zajęty przez tłumek spowiadających się gimnazjalistów. Gryzłam się więc w milczeniu, pozwalając jedynie pojedynczej łzie wściekłości spłynąć po policzku.

Ale zaraz, spokojnie. Nic nie dzieje się bez przyczyny, skoro taką kartkę dostałam to widocznie taka akurat była mi potrzebna, trzeba przyjąć ją w pokorze i starać się zrozumieć, co Pan chce mi przez to wydarzenie powiedzieć. Nie?

Starałam się, słowo daję że się starałam. Dobre dwadzieścia minut. Nie pomogło.

Potem dałam spokój tej kartce, modliłam się, jakoś odzyskałam spokój. Kiedy sobie uświadamiam, że naprawdę stoję twarzą w twarz z Jezusem Eucharystycznym, inne rzeczy przestają być ważne. Ale po skonczonej modlitwie poszłam do Agnieszki z reklamacją. Kręciła nosem ("skoro taką kartkę dostałaś to widocznie taka akurat była ci potrzebna"), ale dała drugą, zrozumialszą.

Wzięłam i poszłam, zastanawiąjąc się jeszcze, czy dobrze zrobiłam. Czy miałam prawo tak postapić. Przecież skoro taką kartkę dostałam, to widocznie właśnie taka była mi potrzebna, nie?

Ale jeśli nawet - to może właśnie po to była mi potrzebna, żeby mnie sprowokować do protestu? Żeby mnie nauczyć, że mam prawo sama kształtować swoją modlitwę, sama decydować, czym się ona będzie karmić, że mam prawo - i obowiązek - brać odpowiedzialność za jej kształt?

30.11.06

Spotkać Jezusa

A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym. [Deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich "Nostra aetate"]

No bo faktycznie. Trudno chyba wymagać od przeciętnego Żyda z pierwszego wieku, spokojnego rybaka czy kupca, aby osobiście sprawdzał wiarygodność każdego samozwańczego mesjasza - i obciążać go odpowiedzialnością, gdy się pomyli. Ufając swoim przywódcom religijnym, arcykapłanom i uczonym w Piśmie, taki człowiek czyni jedyną rozsądną rzecz. Podobnie jak współczesny chrześcijanin, który z pewnością zgłupiałby do reszty, gdyby miał osobiście prawdzać wiarygodność wszelkich samozwańczych wizjonerów i proroków. Bernadeta z Lourdes, Łucja z Fatimy, Vicka z Medugorje... Anna Katarzyna Emmerich, Vassula Ryden, Maria Valtorta... Ufając Kościołowi, czynimy jedyną rozsądną rzecz.

No dobrze - ale niektórzy Żydzi jednak uwierzyli w Jezusa. Choćby Apostołowie. Czyli dało się. Co takiego im to umożliwiło, czego ich pobratymcy nie mieli? Cóż - wszyscy oni Jezusa spotkali. Zostali wezwani osobiście, po imieniu. Popatrzono im w twarz. Kiedy Bóg spogląda komuś w twarz, to potem nic już nie jest takie samo.

A dziś? Czy ktoś, kto nie wierzy w Jezusa, może w Niego uwierzyć, skoro nie ma szans spotkać Go na ulicy?

Myslę, że tak. Bo może spotkać Go w nas. Ale to straszna odpowiedzialność jest.

22.11.06

Co poeta miał na myśli

"Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym", powiada Katechizm Kościoła Katolickiego za Summą teologii św. Tomasza z Akwinu. No pięknie ładnie, tylko ten sens dosłowny często wygląda na jakiś taki pomylony.
Następnie sporządził odlew "morza" o średnicy dziesięciu łokci, okrągłego, o wysokości pięciu łokci i o obwodzie trzydziestu łokci. [1Krl 7:23]
Znaczy, pi = obwód/średnica = 3?

Ludzie, którzy mu [Pawłowi] towarzyszyli w drodze, oniemieli ze zdumienia, słyszeli bowiem głos, lecz nie widzieli nikogo. [Dz 9:7]
"Towarzysze zaś moi widzieli światło, ale głosu, który do mnie mówił, nie słyszeli." [Paweł relacjonując to samo wydarzenie, Dz 22:9]
Znaczy słyszeli i nie widzieli, czy widzieli i nie słyszeli?

Zresztą, kiedy ktoś ma problemy z Bożym nakazem wyrzynania w pień plemion kananejskich albo czymś w tym rodzaju, to często słyszy odpowiedź: "bo tego nie można brać tak dosłownie". To w końcu jak to jest z tym sensem dosłownym?

Poniższe wyjaśnienie pochodzi od świętego Tomasza z Akwinu i wydaje mi się rozsądne. Natrafiłam na nie ostatnio dwa razy, otwierając przypadkową książkę w przypadkowym miejscu (jedną z ksiązek był Traktat o Bogu, czyli pierwsze 26 kwestii Summy z komentarzami, drugą - Sztuka i piękno w średniowieczu Umberta Eco, przeglądana bezmyślnie w jakiejś księgarni), więc chyba to ważne i powinnam napisać.

Otóż, sens dosłowny to to, co autor miał na myśli. To wbrew pozorom nie jest takie głupie. Ludzie się czasem mylą, przejęzyczają itp. Czasem posłużą się niezgrabną (albo i zgrabną, ale nierealisstyczną) metaforą, czasem wyrażą się nieprecyzyjnie bądź niejasno.

Zdarzyło mi się w życiu wykonywać pracę tłumacza. Tłumacz miewa podobne rozterki: autor coś tam napisał, oczywiście miał na myśli coś innego; czy w tej sytuacji tłumaczyć to co jest, czy to co ma być? Jeśli faktycznie jest oczywiste, jak poprawić błąd, to tłumaczy się jednak to co miało być. W ten sposób tłumacz wypełnia swoje właściwe zadanie, którym jest przekazanie myśli autora.

Podobne rozróżnienie pojawia się pzy okazji przypowieści ewangelicznych. Jeśli czytam:
Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę14, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. [Mt 21:33b-35]

to wiem, że te słowa są w (domyślnym) cudzysłowie; że ewangelista Mateusz nie chce powiedzieć, że jakiś faktyczny gospodarz stracił w ten sposób jakieś faktyczne sługi, ale jedynie, że Jezus taką historyjkę opowiedział. Jasne, prawda?

No tak - ten przypadek jest akurat ewidentny, ale bywają całe księgi Pisma, które są "w domyślnym cudzysłowie", których autorzy wcale nie mieli na myśli, że wydarzenia odbyły się dokładnie tak jak opisują. Czy psalmista pisząc
Na topolach tamtej krainy
zawiesiliśmy nasze harfy. [Ps 137:2]
myśli o instrumentach muzycznych faktycznie zawieszonych na gałęziach drzew, czy też przez ten surrealistyczny obraz chce przekazać tęsknotę za Jerozolimą, która odbiera chęć do śpiewania?

No dobrze - ale po czym właściwie mamy poznać, czy dany tekst stoi w domyślnym cudzysłowie? Tu się przydaje, oczywiście, zwykły zdrowy rozsądek, ale też egzegeza - czyli nauka o interpretacji tekstu. Cóż to za nobilitacja dla rozumu ludzkiego, dla metody naukowej!... Dzięki Ci, Boże!

11.11.06

Po co nam ta Polska?

Święto Niepodległości. W tym roku w sobotę, więc nie ma nawet dodatkowego wolnego dnia. Ktoś gdzieś pewnie odprawia mszę za ojczyznę, ktoś gdzieś moknie pod jakimś pomnikiem, drobni handlarze pośpiesznie nakrywają stragany folią. W Galerii Dominikańskiej pełno ludzi, zajęci oglądaniem, przymierzaniem, kupowaniem, do środka nie dociera ani deszcz, ani ten pożal-się-Boże świąteczny nastrój. Bo niektórzy to tak pytają: "po co nam ta Polska?" - rzuciła mimochodem Ania L. w trakcie naszej ostatniej rozmowy (szykowałyśmy spotkanie dyskusyjne o emigracji na środę), a ja jakoś nie mogę przestać o tym myśleć. Faktycznie, po co? Przecież "nie ma już Żyda ani Greka", przecież Europa się jednoczy, przecież żyjemy w globalnej wiosce, przecież liczą się "małe ojczyzny"... Nie wiem, jak "niektórzy", ale ja potrzebuję Polski. Potrzebuję jej może nie bardziej, ale i nie mniej, niż moich ojczyzn większych i mniejszych: Europy, Ziemi, Dolnego Śląska, Wrocławia. Tamte też są ważne i cenne, ale wspólnota narodowa ma swoją specyfikę nie do zastąpienia. I nie chodzi mi tylko o wspólnotę języka, choć zdarzało mi się znienacka usłyszeć polską mowę w hiszpańskim hipermarkecie czy na holenderskim lotnisku i zawsze niezmiernie mnie to cieszyło. Chodzi mi o wspólnotę tradycji, obyczaju, kultury. Chodzi mi o coś, co z braku lepszego słowa nazwę wspólnotą sztandaru. Sztandar sam w sobie nie przedstawia specjalnej wartości, a jednak traktuje się go jako bezcenny - i właśnie przez to traktowanie nabiera ceny. Jest czymś wystarczająco wielkim i ważnym, aby za niego ginąć - a najlepszy dowód to to, że ludzie faktycznie za niego ginęli. Pozwala czuć zbiorową dumę bez winy - bo nie z siebie jesteśmy dumni, ale z czegoś większego od nas, czego jesteśmy tylko depozytariuszami. Nie tylko małoduszny, ale zwyczajnie głupi jest argument ja sobie ojczyzny nie wybierałem, więc żadne obowiązki względem niej na mnie nie ciążą. To naprawdę nie jest tak, że lojalność obowiązuje wyłącznie względem tych wspólnot czy idei, które sami sobie wybraliśmy. Jest niemal dokładnie na odwrót. Co swobodnie wybrane, wolno swobodnie zmienić: poglądy polityczne, kierunek studiów, miejsce zamieszkania, miejsce pracy. Nawet akceptacja społeczna rozwodu wydaje się znacznie wyższa niż akceptacja społeczna np. zerwania stosunków towarzyskich z rodzeństwem. W rzeczywistości lojalność obowiązuje przede wszystkim wobec tego, co wyrosło samo z siebie i zostało nam dane jako dar. A czymś takim jest m.in. naród. (Albo rodzina. Albo łaska.) Jest tak po trosze i dlatego, że idea, którą świadomie wybieramy i w pełni kontrolujemy, może być tylko tak wzniosła i bogata, jak nasza świadomośc w momencie wyboru. Polskość jest pojęciem znacznie pojemniejszym niż cokolwiek, co mogłabym sobie sama wymyślić. Do polskości długo jeszcze będę dorastać. Polska to furkot huzarskich skrzydeł. To pokorna nieustępliwość Judymów i Siłaczek. To rozpaczliwe bohaterstwo powstańców Warszawy. To królewski gest Skłodowskiej, chrzczącej nowo odkryty pierwiastek "polonem". To sarmacka rubaszność. To biało-czerwona opaska na ramieniu strajkującego robotnika. To geniusz i szaleństwo Mickiewiczow i Witkacych. To roześmiana twarz Mateusza Kusznierewicza. To kunszt ludowego świątkarza, rzeżbiącego w miękkim drewnie figurkę Chrystusa Frasobliwego (podobno takich przedstawień postaci Zbawiciela nie spotyka się nigdzie poza terenami niegdysiejszej Rzeczypospolitej Obojga Narodów). To zwycięska wyprawa Sobieskiego, wspierana modlitwą królowej Marysieńki i ukoronowana tym porażającym swą lakonicznością, a pełnym godności listem do papieża "Veni. Vidi. Deus vincit." To krakowska kierezja i góralska gunia. To rumiane od mrozu dzieciaki, jeszcze za mojej pamięci chodzące po domach "z Herodami". To "długie nocne rodaków rozmowy". To uczciwe zeznanie podatkowe. To łza kręcąca się w oku, kiedy Jacek Kowalski śpiewa "Psalm rodowodowy".
Ale jeszcze nie jest pobity Świetny okręt Rzeczpospolitej; Czasem we śnie widzę nagle, Jak rozwija świetne żagle, Hardym dziobem fale rozpruwa, Liczna, bitna załoga czuwa, Złoty sztandar podniesiony, Aż ocieram łzę, wzruszony. Republiko! gdzie się zataczasz, W jakie obce porty znów zbaczasz, A z ojczystej twojej strony Czyj dom będzie uczyniony? - Ja się zowę rzeką podziemną, Bóg jest ze mną, orzeł nade mną; Choć się skryję, to wypłynę, A bądź pewien, że nie zginę.
Co? A tak, owszem. Kartka wyborcza też.

8.11.06

Pochwała niekompetencji

W ostatnią niedzielę miałam okazję wysłuchać homilii zaczynającej się od myśli następującej:
Są rzeczy, które trzeba robić po kolei. Na przykład pieczenie naleśników. Najpierw robi się ciasto, bo to trochę trwa, a dopiero potem rozgrzewa tłuszcz na patelni; gdyby postąpić odwrotnie, tłuszcz by się spalił i naleśniki by się nie upiekły.

Zapamiętałam to, bo nic mi się nie zgadzało. Naleśników się nie piecze, tylko smaży, nie mówiąc już o tym, że miksowanie ciasta naleśnikowego idzie szybko i często robię to podczas rozgrzewania patelni (jako że patelnię mam grubodenną, a na niedogrzanej naleśniki kiepsko wychodzą). Ale uwaga: mimo to, że szczegóły techniczne były kompletnie pomylone, główną myśl (tę o konieczności zachowania właściwej kolejności) dało się doskonale odczytać. Taki "nieudany" przykład nawet bardziej pobudza do myślenia i prowokuje próby znalezienia własnego, lepszego.

Kazanie nie ma być książką kucharską, ale głoszeniem Słowa Bożego. Nie ma znaczenia, jeśli szczegóły techniczne dotyczące innych spraw są podane nieściśle. Liczy się sens.

Tak jak z Pismem świętym.
W Piśmie świętym Bóg mówi do człowieka w sposób ludzki. Aby dobrze interpretować Pismo święte, trzeba więc zwracać uwagę na to, co autorzy ludzcy rzeczywiście zamierzali powiedzieć i co Bóg chciał nam ukazać przez ich słowa. [Katechizm Kościoła Katolickiego 109]

Jasne, zamiast poematu o stworzeniu Księga Rodzaju mogłaby podać jakiś tekst bardziej spójny z ustaleniami dwudziestowiecznej nauki. "I rzekł Bóg: Niech dana będzie koneksja na U(1)-wiązce. I stało się światło." Tylko po co? Przecież nie o to chodzi. Nie mówiąc już o tym, że poemat o stworzeniu zgodny z ustaleniami dwudziestowiecznej nauki byłby zapewne niezrozumiały i nieprzekonujący dla ludzi wieku pierwszego czy dziesiątego - a dla ludzi wieku trzydziestego naiwny i równie nieprzekonujący.

5.11.06

Sprzeczność w matematyce

Sobór Watykański II wskazuje na trzy kryteria interpretacji Pisma świętego, odpowiadające Duchowi, który je natchnął: [...]
3. Uwzględniać "analogię wiary". Przez "analogię wiary" rozumiemy spójność prawd wiary między sobą i w całości planu Objawienia.

Jeśli coś (w Piśmie świętym) nie trzyma się kupy, to prawdopodobnie źle to rozumiem.

To jest trochę podobne do czegoś, co regularnie zdarza się przy czynnym uprawianiu matematyki. Zastanawiając się nad badanymi obiektami, prowadząc rozumowania, w pewnym momencie coś się przestaje zgadzać. Na to samo pytanie dostajemy dwie różne odpowiedzi, w zależności od drogi, którą do nich dochodzimy. Mówimy wtedy "znalazłem sprzeczność w matematyce" - i usilnie dokładamy starań, żeby tę sprzeczność rozwiązać, to znaczy: żeby znaleźć miejsce, w którym popełniliśmy błąd. Teoretycznie zdajemy sobie sprawę, że ten wisielczy żart może być prawdziwy, że matematyka naprawdę może być sprzeczna; ale nie bierzemy tego poważnie, uparcie szukamy błędu we własnym rozumowaniu. Zresztą, gdyby matematyka okazała się sprzeczna, to przecież świat by się nam zawalił.

I tak samo zachowuję się, kiedy znajdę rzekomą sprzeczność w Piśmie świętym czy w nauce Kościoła: szukam błędu we własnym rozumieniu. Bo gdyby błąd był w Piśmie, a nie we mnie, to świat by mi się zawalił.

Ta zasada sprawdza się zresztą doskonale również w stosunkach międzyludzkich: najpierw szukać błędu we własnym rozumieniu. Jeśli to, co mówi mój rozmówca, nie trzyma się kupy, to prawdopodobnie źle go rozumiem. Jeśli to, co mówi, brzmi skandalicznie, to prawdopodobnie źle go rozumiem. Jeśli w tym, co mówi, widzę sprzeczność, to prawdopodobnie źle go rozumiem. Takie założenie chroni przed potępianiem w czambuł, pozwala zachować nadzieję na porozumienie.

3.11.06

Twierdzenie Gödla

Nemo testis idoneus in propria causa. (Nikt nie jest odpowiednim świadkiem we własnej sprawie.) [łacińska sentencja prawnicza]

Skąd wiadomo, że należy wierzyć słowom zapisanym w Biblii? Na pewno nie z samej Biblii. Nawet Ewangelia podlega "Gödlowskiemu" ograniczeniu: nie może dowodzić sama siebie.

Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? Żeby nie zgubić się w obliczu tego pytania, przypomnijmy rzecz absolutnie podstawową: Początkiem, istotą i pełnią naszej wiary jest Jezus Chrystus, Syn Boży i nasz Odkupiciel, który żyje i który prowadzi nas do życia wiecznego. Nie dlatego wierzymy w Chrystusa, że mówi nam o Nim Pismo Święte, ale dlatego Biblia jest dla nas Pismem Świętym, że wynika to z naszej wiary w Chrystusa, Syna Bożego.

Zastosujmy tę zasadę najpierw do Starego Testamentu. Nie dlatego stanowi on dla nas słowo Boże, że jest religijną księgą Żydów, ale dlatego, że tę religijną księgę Żydów Chrystus nauczył nas traktować jako Pismo Święte. [...]
Co do Nowego Testamentu, to wręcz taka była chronologia, że najpierw uwierzono w Chrystusa i tę Dobrą Nowinę o zbawieniu głoszono innym, a dopiero potem zostały napisane Ewangelie i listy apostolskie. Jak doszło do tego, że teksty te zostały uznane za Pismo Święte? Są na to dwie odpowiedzi: odpowiedź niewiary i odpowiedź wiary. Z perspektywy niewiary wydaje się rzeczą logiczną przyjąć, że to Kościół -- zwłaszcza w osobach Apostołów oraz ich następców -- zdecydował o tym, że te, a nie inne księgi stanowią Pismo Święte.

Dla wiary stanowisko takie jest nie do przyjęcia i ma właściwie wszystkie cechy bluźnierstwa. Bo jeśli Pismo Święte jest naprawdę słowem Bożym, to jest nim od samego początku, a nie dopiero wskutek tego, że ktoś je uznał za słowo Boże. Zarazem wiara nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że Bóg chciał, aby Ewangelie oraz inne święte pisma Apostołów powstały w Kościele i żeby przez Kościół zostały rozpoznane jako słowo Boże. Inaczej mówiąc, księgom natchnionym nie była potrzebna ratyfikacja Kościoła, ale było rzeczą po prostu niemożliwą, żeby nie zostały one rozpoznane przez Kościół jako księgi natchnione.

To jest oczywistą konsekwencją naszej wiary w Chrystusa Zbawiciela: Jeśli wierzymy, że Syn Boży stał się człowiekiem i naszym Zbawcą, to już doprawdy małodusznością byłoby posądzić Pana Boga o to, że nie zatroszczył się o nieomylny i napełniony Jego mocą przekaz tej radosnej nowiny albo że dopuścił do tego, że któraś z natchnionych przez Niego ksiąg nie została przez Kościół rozpoznana, albo że jakiś czysto ludzki podrzutek -- choćby nawet zawierał samą prawdę -- wszedł na trwałe do zbioru ksiąg świętych. Wierząc w Chrystusa, wierzymy przecież, że został nam dany Duch Święty, który "nas wszystkiego uczy i przypomina nam wszystko, co On nam powiedział" (J 14,26).
[Jacek Salij, Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? w: Pytania nieobojętne]

Nie chciałeś, Panie, żebym błądziła w ciemności. Nie chciałeś, żebym musiała polegać na sobie; żebym w trwodze badała Pisma, wciąż niepewna, czy poprawnie odczytuję Twoje Słowo. Nie chciałeś, abym została sama.

Ego vero Evangelio non crederem, nisi me catholicae Ecclesiae commoveret auctoritas. (Nie wierzyłbym Ewangelii, gdyby nie skłaniał mnie do tego autorytet Kościoła katolickiego) [Św. Augustyn]

1.11.06

Role models

Jest takie określenie w amerykańskiej angielszczyźnie: role model. Oznacza osobę, na której się wzorujemy i którą naśladujemy w wypełnianiu jakiejś specyficznej roli społecznej, takiej jak np. bycie żoną, naukowcem, przyjacielem. Dużo łatwiej jest podjąć jakąś rolę, jeśli ma się dobry model. Dobry model to taki, który dobrze spełnia rolę, o którą chodzi; ale też taki, który jest do nas pod różnymi względami podobny. Próba naśladowania kogoś, kto ma zupełnie inne uwarunkowania, może okazać się dosyć frustrująca.

Następujący przykład może wyjaśnia, co mam na myśli. Wybitna amerykańska matematyczka Dusa McDuff (rocznik 1945) w autobiograficznym szkicu skarży się, że jako studentka miała trudności ze znalezieniem role models. Dusa ma przez to na myśli, że w czasach jej młodości praktycznie nie było kobiet-matematyczek. Oczywiście, mogłaby wzorować się na matematykach-mężczyznach (i zapewne to robiła); ale kobieta pragnąca poświęcić się karierze naukowej (nie rezygnując przy tym z założenia rodziny) musi mierzyć się ze specyficznymi problemami i przykład mężczyzny jej w tym najprawdopodobniej nie pomoże. Widząc swoich starszych kolegów po fachu otoczonych czułą opieką żon miałaby pełne prawo zapytać z goryczą: jak mogę naśladować wasze oddanie nauce, skoro ciążą na mnie obowiązki żony i matki?

Można czasem usłyszeć (najczęściej od protestantów, przeciwnych kultowi świętych, ale nie tylko), że branie przykładu ze świętych to pomyłka i że Jednego tylko mamy naśladować: Chrystusa Jezusa. Coś w tym jest; ale o ile pierwsze kryterium dobrego role modela Jezus oczywiście spełnia z naddatkiem, to z drugim kryterium może być kłopot. W zasadzie każdy z nas ma pełne prawo zapytać z goryczą: jak mam Cię, Panie, naśladować, skoro nie jestem Żydem, tylko Polakiem? skoro nie jestem cieślą, tylko informatykiem? skoro mam pięćdziesiąt lat (a Ty takiego wieku na ziemi nie dożyłeś)? skoro nie mogę chodzić i jeżdżę na wózku?

Takich pytań można stawiać tysiące, a na każde z nich odpowiedzią jest żywy człowiek, któremu się to udało. Role model. I te odpowiedzi Kościół stawia nam przed oczami w postaci świętych Pańskich.

Jak mam Cię naśladować, skoro jestem Polakiem?
Tak, jak to czynili przede mną polscy święci.
Jak mam Cię naśladować, skoro jestem staruszkiem?
Tak, jak to czynili przede mną liczni święci zmarli w podeszłym wieku.
Jak mam Cię naśladować pośród prześladowań?
Tak, jak to czynili chociażby męczennicy.

Na koniec uwaga: pośród tych pytań jest jedno szczególnie fundamentalne (dlatego, że różnica utrudniająca naśladownictwo bezpośrednie jest tu szczególnie fundamentalna). Pytanie to brzmi:
Jak mam Cię naśladować, skoro jestem kobietą?
Odpowiedź też jest szczególnie fundamentalna. A odpowiedzią tą również jest człowiek. Mianowicie Najświętsza Maria Panna.

31.10.06

Re: manent

Po napisaniu ostatniego postu przegrzebałam stare foldery pocztowe i znalazłam te listy do (i od) męża (wtedy jeszcze narzeczonego), a w nich fragment o wierze i nawróceniu, który jakoś chyba pasuje do tych rekolekcji (choć może bardziej do poprzedniego odcinka), więc wklejam.
Date: Fri, 14 May 1999 13:54:57 +0200 (MET DST)
>Subject: Re: manent

> Nas laczy tez wiara, chyba coraz bardziej.

To prawda, ja tez to czuje. I odczuwam potrzebe, aby to nie tylko przyjac do wiadomosci, ale zrozumiec, dlaczego coraz bardziej. Z mojej strony to wyglada tak, ze kiedy sie poznalismy, wiara mogla mnie laczyc z kimkolwiek na poziomie dosyc trywialnym (bo sama jej duzo glebiej nie przezywalam): ze nie musze sie przed Toba tlumaczyc z tego ze - dajmy na to - musze byc na mszy albo nie moge isc z Toba do lozka.

Wlasnie tak: `musze' i `nie moge', nie `chce' i `nie chce'. Zreszta sam napisales, ze bylam gesia; czy ges moze byc wierzaca? (Swoja droga jak to zrobiles, ze sie zakochales w takiej gesi, przeciez to bez sensu?)

Pod wplywem swiadectw o wielkich nawroceniach (niekoniecznie nawroceniach ludzi stojacych uprzednio poza chrzescijanstwem, ale takich jak ja, przezywajacych swoja wiare w sposob trywialny), zaczelam tesknic za takim doswiadczeniem, za dotknieciem laski. Nauczono mnie (za wczesnie!), ze nie my szukamy Boga, ale On nas; zreszta nie bardzo rozumialam, czym by mialo byc z mojej strony szukanie Boga, skoro juz
jestem ta `porzadna katoliczka'(?). Liczylam na jakies uczuciowe fajerwerki (to staly motyw w swiadectwach nawrocen).

Ale w pewnym momencie przerazilam sie, ze moge przezyc zycie, nie doczekawszy sie tego dotkniecia; ze moze myle sie, czekajac na nie. Wtedy podjelam cos, co nie bylo swiadoma strategia udawania, ale z perspektywy czasu moge to scharakteryzowac jako probe zachowywania sie tak, jakby to spektakularne dotkniecie laski w moim zyciu nastapilo. [Ja nie chce Cie prowokowac do polemiki, ze zapewne nastapilo, tylko tego nie zauwazylam; albo ze dotkniecie laski odbywa sie nie w sferze uczuc. Teraz juz to wiem.]

Jednym z elementow tej strategii bylo przylaczenie sie do wspolnoty MF (czyli rzecz sie dziala jakies piec i pol roku temu). Nie przezylam `spowiedzi nawroconego', z placzem i nowym spojrzeniem na dotychczasowe zycie. Zrozumienie przychodzilo stopniowo, na tyle wolno, ze gdy uswiadamialam sobie, jaka bylam podla idiotka czyniac to a to - to a to bylo juz dawno pogrzebane pod stosem sakramentalnych rozgrzeszen (sorry, jesli Cie razi ta metafora). Na poziomie emocji to mi wcale nie ulatwia sprawy. Ale kiedy staje mi przed oczami moj dawny grzech a rownoczesnie nagla luka w pamieci pochlania wspomnienie spowiedzi i rozgrzeszenia (chocby i nie dosc swiadomie przyjetego) - zwalam to na bezposrednia interwencje szatana i ide spac, zeby nie zwariowac.

Wrocmy do glownego watku: nie przezylam emocjonalnych uniesien, jakich opis stanowi zwykle istotny watek swiadectwa nawrocenia. A jednoczesnie obserwuje w swoim zyciu owoce tegoz nawrocenia. Widzialam Adasia D. modlacego sie jezykami i nie smiem watpic, ze czynil to w dobrej woli na chwale Boga i pozytek Kosciola. Ale boje sie, ze w moich ustach taka modlitwa bylaby jarmarczna sztuczka; wiec nie prosze o ten dar. Nie wysmiewam osob z czcia powtarzajacych swiadectwo o cudzie: o.Pio mial
43 stopnie goraczki (i bialko mu sie nie scielo). Ale wole zachwycac sie faktem, ze gatunek o tak waskim przedziale tolerowanych temperatur jak nasz nie tylko nie wyginal, ale opanowal wszystkie strefy klimatyczne. Taki mam styl; i udalo mi sie go nie zagubic. Laska buduje na naturze.

[...] Tak czy owak, poza faktem ze sie swoja wiare przezywa, jest jeszcze pytanie, czy sie o niej mowi. Jesli nie, to chyba nie ma mozliwosci, zeby laczyla dwoje ludzi chocby tak silnie jak nas teraz; choc rzecz jasna nie jest tez tak, jakoby bez slow nie dalo sie przezywac wiary wspolnie. Dawanie swiadectwa slowem to odrebna umiejetnosc. Myslalam, ze nauczylam sie tego w MFie i ze bez tej wspolnoty nie umialabym tego robic. Nie wiem tylko, gdzie sie tego nauczyl moj ojciec, ktory przeciez do zadnej wspolnoty sie nie wplatal, ani gdzie Ty sie tego nauczyles. Moze on sie tego nie uczyl, tylko przypominal z dawnych czasow (a ze w czasach przed moim urodzeniem mogl sie znalezc w srodowisku formujacym te sprawnosc, to ja moge uwierzyc); moze jak sie jest dostatecznie dojrzalym, to mozna zaczac samemu; moze mnie kochasz i dlatego przede mna umiesz sie otworzyc, a z nikim innym tak by nie bylo (ja Ci potrafie powiedziec wiecej o tym jak przezywam swoja wiare niz ludziom ze wspolnoty; pare lat temu jeszcze bylo odwrotnie); nie wiem. Wiem, ze masz racje piszac ze wiara laczy nas coraz bardziej. I to dla mnie bardzo duzo znaczy.

List od Pana Boga

Z propozycji pytań do przedyskutowania na grupkach:
Czy pojmujesz Pismo Św. jako rozmowę Boga z człowiekiem? W czym dla ciebie wyraża się dialog? Jeśli nie jest rozmową czym jest dla ciebie?
Pismo jako rozmowę? Nie, no chyba jednak nie. Rozmowa wymaga interaktywności, Pismo święte po prostu jest, jakie jest, nie zmienia się pod wpływem tego, co ja mówię. Moje rozumienie może się zmieniać, ale to inna sprawa.

Nie jestem Mojżeszem, nie rozmawiam z Bogiem twarzą w twarz.

Pismo święte jest dla mnie bardziej podobne do listu niż do rozmowy. Listy też się przecież dostaje od żywych osób, list też może przekazywać ważne treści i uczucia. W okresach rozłąki z moim mężem, a wcześniej narzeczonym, głównym kanałem komunikacji między nami była poczta elektroniczna. I jakoś zastępowała ona bezpośrednią rozmowę, i przynosiła nieprawdopodobnie wiele wzruszeń i radości. Ale jednak czegoś brakuje, jednak to nie to samo co bezpośrednie spotkanie. Maile, jakie wymienialiśmy, liczyły po parędziesiąt linijek gołego tekstu - raptem półtora kilobajta. Nie da się, po prostu fizycznie się nie da spakować tonu głosu, mowy ciała itp. do takiej objętości. Coś się nieodwołalnie traci.

Pewnego dnia przy lekturze listu od męża naszło mnie dziwne uczucie. Ja właściwie nie mam żadnej gwarancji, że to naprawdę jest list od męża! Ten sam tekst mogła wygenerować małpa uderzająca losowo w klawisze! Jest to, oczywiście, skrajnie nieprawdopodobne - ale nie niemożliwe, prawdopodobieństwo takiego zdarzenia da się sensownie policzyć (w przeciwieństwie do prawdopodobieństwa zdarzenia polegającego na tym, że witający mnie na lotnisku mężczyzna, mimo iż ma twarz, głos i sylwetkę mojego męża, nie jest wcale moim mężem, ale zupełnie kim innym). Pozostaje mi tylko zaufać... ale zaufać komu? Czy list może sam potwierdzić swoją autentyczność?
Czy to Ty, Panie?

27.10.06

Alef, bet, gimmel...

Przecież mogło być zupełnie inaczej. Mogliśmy nigdy nie wynaleźć pisma; a jeśli nawet, to mogło ono wyglądać zupełnie inaczej: hieroglificzne, sznurkowe, cokolwiek. Sam pomysł, że Objawienie Boże zawisło na czymś tak przypadkowym, jak książka, wydaje się omalże bluźnierczy.

Ale taki właśnie jest nasz Bóg.
Czyż ludzkie ciało nie wydaje się równie beznadziejnie przypadkowe, ukształtowane przez serię genetycznych mutacji? A przecież On przyjął ludzkie ciało.
Czy chleb nie jest losowym wytworem cywilizacji śródziemnomorskiej? Cała Wschodnia Azja zamiast chleba jada przecież ryż i nic? A jednak On dla nas stał się chlebem.
Czy każdy z nas nie jest takim sobie ot człowieczkiem, ani specjalnie mądrym, ani szlachetnym, ani nawet urodziwym? A przecież On wybrał nas, aby z nas utworzyć Kościół, Swoją Oblubienicę.
Bóg, zstępując w swej dobroci, by objawić się ludziom, przemawia do nich ludzkimi słowami: "Słowa Boże, wyrażone językami ludzkimi, upodobniły się do mowy ludzkiej, jak niegdyś Słowo Ojca Przedwiecznego, przyjąwszy słabe ciało ludzkie, upodobniło się do ludzi". Z tego powodu Kościół zawsze czcił Pismo święte, podobnie jak czci Ciało Pana. Nie przestaje ukazywać wiernym Chleba życia branego ze stołu Słowa Bożego i Ciała Chrystusa. [Katechizm 101,103]
Przyjął wszystkie niedoskonałości tego medium. Błędy kopistów. Możliwość nieporozumień. Ryzyko przekłamania, przekręcenia tekstu. Przyjął je w tej samej pokorze, w jakiej przyjął cierpienie związane z życiem na ziemi i śmiercią na Krzyżu. Jest taki dowcip:
Archeologom udało się całkowicie odszyfrować napis na płytach darowanych Mojżeszowi. Przykazanie było tylko jedno: "Nie z czasownikami pisze się osobno: nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż..."
No właśnie: czy grozi nam coś takiego? Czy jest serio do pomyślenia, że mimo wszelkich naszych starań wiadomość od Boga uległa nieodwracalnemu uszkodzeniu? Nie - Duch Święty czuwa nad swoim Kościołem i obiecano nam, że bramy piekielne nas nie przemogą. Ale "mimo starań" jest tu kluczowe. Na pomoc Ducha Świętego liczyć możemy wtedy, kiedy sami zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.

23.10.06

Forma świadectwa

Gdybym wiarę wymyśliła sobie sama, to spokojnie mogłoby się okazać, że jest nieprzekazywalna. Że myśli o Bogu nie da się ubrać w słowa. Ale skoro tak nie jest, skoro wiarę otrzymałam, i to otrzymałam ją w słowach właśnie, to takiego problemu być nie może. W najgorszym wypadku mogę zawsze powtórzyć słowo w słowo to, co mi mówiono.

Właściwie, dlaczego miałby to być najgorszy wypadek? Jeżeli wiara jest przekazywana z rąk do rąk, z pokolenia na pokolenia, to chyba lepiej przekazać ją w stanie niezmienionym, niż dodawać coś od siebie, ryzykując przekłamanie?
Trzeba zatem nieustannie oczyszczać nasz język z tego, co ograniczone, obrazowe i niedoskonałe, by nie pomieszać "niewypowiedzianego, niepojętego, niewidzialnego i nieuchwytnego" Boga z naszymi ludzkimi sposobami wyrażania. [KKK 42]
W słowach, którymi przekazano mi wiarę, jest wszystko, czego potrzebuję. Jest wszystko, bo ten, kto mi wiarę przekazywał, nie mówił od siebie, ale z Ducha. A gdy was poprowadzą, żeby was wydać, nie martwcie się przedtem, co macie mówić; ale mówcie to, co wam w owej chwili będzie dane. Bo nie wy będziecie mówić, ale Duch Święty. [Mk 13,11] (Myślę, że to się odnosi poniekąd do wszelkiego głoszenia Słowa, nie tylko w obliczu prześladowań; wielu z nas zresztą nie spotyka żaden prześladowanie poważniejsze niż konieczność publicznego wyznania wiary).

I z drugiej strony: słowa, w jakie ubiorę swoje świadectwo, nie są nieważne. Są najważniejsze na świecie, ale o ich stosowność, jednoznaczność itp. musi zadbać Duch Święty. Sama nie dam rady. Moją rolą jest wiara, ufność i gotowość współpracy z łaską.

22.10.06

Pierwszeństwo słowa przed pojęciem

Tak zwykłam określać pewien styl głoszenia kazań czy nauk rekolekcyjnych, który strasznie mnie irytuje. Bierzemy jakieś słowo (np. samotność albo miłość) i pytamy, co ono znaczy, z czym nam się kojarzy, zaczynamy odróżniać "prawdziwą samotność" od "samotności w popularnym rozumieniu" itp. itd. Nonsens, znaczenia słów są umowne, można zamiast samotność mówić futliputli, byle to futliputli najpierw porządnie zdefiniować. Czyż nie?

Leżałam ostatnio przez parę dni w łóżku z przeziębieniem i dla zabicia czasu czytałam Wprowadzenie w chrześcijaństwo Josepha Ratzingera (skądinąd świetna książka!). Znalazłam tam niemal to samo sformułowanie - "pierwszeństwo słowa przed myślą" - z tym, że Ratzinger twierdzi, że tak ma być.
Inaczej mówiąc: w wierze jest pierwszeństwo słowa przed myślą, co odróżnia jej strukturę od struktury filozofii. W filozofii myl wyprzedza słowo, jest wynikiem rozważania, które następnie usiłujemy ująć w słowa; pozostają one zawsze czymś wtórnym w stosunku do myśli i dlatego dadzą się zasadniczo zastąpic innymi słowami. Wiara natomiast przychodzi do człowieka z zewnątrz i jest to dla niej istotne. [...] Wyobrażenie, iż wiara właściwie powinna była powstać w ten sposób, że ją sobie sami wymyślamy i znajdujemy na drodze czysto prywatnych poszukiwań prawdy, jest już w gruncie rzeczy wyrazem pewnego ideału, pewnej postawy myślowej, która zapoznaje to, co w wierze istotne, a co polega na tym, że jest ona przyjęciem tego, czego się nie da wymyślić. [Joseph Ratzinger, Wprowadzenie w chrześcijaństwo]
No bo wiara rodzi się z tego, co się słyszy [Rz 10,17].

19.10.06

Kolejność kwantyfikatorów

Dla każdego błędu istnieje sposób uniknięcia go, ale nie ma sposobu uniknięcia wszystkich błędów.

17.10.06

Dowody na istnienie

Człowiek przyzwyczajony do naukowego rozumienia słowa "dowód" wzdryga się, słysząc o dowodach na istnienie Boga. Katechizm, najwyraźniej nie chcąc zadzierać z przemądrzalcami, zastrzega się starannie, że nie chodzi tu o dowody, jakich poszukują nauki przyrodnicze, ale o "spójne i przekonujące argumenty", które pozwalają osiągnąć prawdziwą pewność, po czym argumenty te dzieli z grubsza na dwie kategorie: bazujące na obserwacji bądź to świata materialnego, bądź to osoby ludzkiej. Pięć dróg Tomasza z Akwinu, na przykład, należy do pierwszej kategorii.

Ciekawa rzecz, ale mnie osobiście jakoś te argumenty "ze świata" nie przekonują. Ciekawa dlatego, że w końcu jestem tzw. ścisłowcem, a nie jakimś humanistą, więc można by się spodziewać, że i w tym przypadku ważniejsza dla mnie będzie Natura niż Człowiek. A tymczasem nie: o ile potrafię się dopatrywać czegoś pozaprzyrodzonego w głosie sumienia czy w wolnej woli człowieka, o tyle religijna interpretacja zachwytu nad światem jest mi w zasadzie obca.

Trochę sobie myślę (czy może - obawiam się), że przyczyną tego stanu rzeczy jest ten sam mechanizm, który powoduje, że z upodobaniem czytamy prasę codzienną, dopóki nie zahacza ona o naszą własną dziedzinę. Popularne gazetowe artykuły o astronomii podobają się wszystkim oprócz astronomów - bo ci są na tyle kompetentni, aby wyłapać wszystkie potknięcia, nadmierne uproszczenia i nieścisłości i zirytować się nimi. Czyżby więc argument z wolnej woli był równie niesprawny, jak argument z ruchu - tyle, że ja tego nie widzę, bo za dużo wiem o ruchu, a za mało o wolnej woli? (Trzeba by zapytać jakiegoś psychologa, czy ma odwrotne problemy...)

A może nie, może jest na odwrót. Może jestem głupim ścisłakiem, który nie widzi lasu spoza drzew? Może świat naprawdę mówi o Bogu, tylko ja tego nie dostrzegam? Może za bardzo jestem zafiksowana na tym, co wydaje mi się, że wiem? Może za bardzo zżyłam się ze zdumiewającą urodą świata, żeby się nią zachwycać?

Zapytany, dlaczego do zakonu częściej wstępują humaniści niż teologowie i kanoniści, mistrz Jordan odpowiedział: "Dobrym winem łatwiej upiją się wieśniacy, którzy zwykle piją wodę, aniżeli szlachta czy mieszczanie, którzy nie przejmują się mocniejszym winem, gdyż mają je na co dzień. Humaniści przecież przez cały tydzień piją wodę Arystotelesa i innych filozofów, dlatego jeśli łykną na niedzielnym czy świątecznym kazaniu słów Chrystusa i Jego sług, od razu są upici winem Ducha Świętego i nie tylko swój majątek, ale samych siebie Bogu ofiarują. Teologowie zaś często takich słów słuchają, toteż są czasem jak nieokrzesany kościelny, który bez szacunku zachowuje się przy ołtarzu i odwraca się do niego tyłem, gdyż często przebywa w kościele". [Legendy dominikańskie]

15.10.06

Mysterium tremendum

No ale chyba jednak są ludzie, którzy Boga nie szukają? Znam ateistów szczęśliwych w swoim ateizmie, którym najwyraźniej nic więcej nie potrzeba. Czy to nie przeczy katechizmowej formule, że pragnienie Boga jest wpisane w serce człowieka?

Katechizm sam zaraz wymienia czynniki, które mogą spowodować zapomnienie o tej głęboko skrytej potrzebie. Dziwna jest trochę ta lista. Mamy na niej sformułowanie "obojętność religijna", które jest raczej opisem problemu niż przyczyną; mamy "klasyczne wymówki" (uwikłanie w sprawy tego świata, złe wpływy); mamy poważny problem filozoficzny (kwestię zła); mamy wreszcie skłonność człowieka grzesznego do ukrywania się ze strachu przed Bogiem i do ucieczki przed Jego wezwaniem. Tę samą skłonność, która kazała Adamowi w Raju powiedzieć: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się [Rdz 3,9]. I ta ostatnia przyczyna wydaje mi się jakoś najgłębsza i najtrudniejsza do pokonania. Bo można po ludzku dorosnąć do niezależności od prądów umysłowych epoki czy do wolności od trosk materialnych, można nawet po ludzku osiągnąć postawę pogodnego stoicyzmu wobec zła. Ale nie sposób tylko po ludzku wyzwolić się z lęku przed tym wszechogarniającym spojrzeniem, przed którym wszystkie nasze małe, brudne sekrety stają w oślepiającym świetle dnia.
Panie, przenikasz i znasz mnie,
Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję.
Z daleka przenikasz moje zamysły,
widzisz moje działanie i mój spoczynek
i wszystkie moje drogi są Ci znane. [Ps 139,1-3]

14.10.06

Oblicze Boże

Czy ja pragnę Boga? Chyba nie. Nie pragnę Go, tak jak nie pragnę Wszechswiata czy choćby Słońca. Po pierwsze, są dla mnie o wiele za duże; po drugie, one już tu są i moje ewentualne pragnienia nic w tej kwestii nie zmienią. Z Bogiem jest podobnie. On już tu jest; to nie moje pragnienie powołało go do istnienia (ani nie zniknie, jeśli będę go ignorować). Jeśli stworzył mnie dla Siebie, to ja nie mam tu nic do gadania.

Ale w takim razie co mnie skłania do praktykowania wiary? Do łażenia na niedzielną mszę i środowe spotkania 3/4, do spowiedzi, do modlitwy, do religijnej lektury, do jałmużny itp., itd.? Chyba nie samo poczucie obowiązku, chyba musi być jakaś emocjonalna podkładka, bo tak po prostu jesteśmy skonstruowani?

Czasem mówi się nie o pragnieniu Boga, ale o pragnieniu Nieba. Ale pragnienie Nieba można przeżywać kompletnie egoistycznie, jako pragnienie osobistej szczęśliwości, czy wręcz (jeśli się już wierzy, że są tylko dwie opcje na wieczność) jako lęk przed mękami piekła. Na pewno trochę takiej postawy jest we mnie. Ale bardziej chyba oczekuję Nieba jako miejsca (momentu? rzeczywistości?), w którym wszystko się wreszcie wyjaśni.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz.
[1Kor 13,12a]

Jak łania pragnie wody ze strumieni,
tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże!
Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego:
kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże?
[Ps 42,2-3]
Ujrzeć oblicze Boże. Tego chcę.

13.10.06

Katechizm

No i dostaliśmy lekturę! Prawie całe dwie stroniczki, wzięte z Katechizmu Kościoła Katolickiego, plus dwa Psalmy. Niby tak miało być, Katechizm miał być jednym ze źródeł, i to ważnym, ale jakoś jednak czuję się z tym dziwnie.

Pamiętam, kiedy Katechizm się pojawił. Nie myślałam wtedy, że to będzie taka ważna książka, słowo "katechizm" kojarzyło mi się ze szkolnym podręcznikiem religii, z czymś dla dzieci, mało poważnym. Ale kupiłam go, uznałam, że wypada mieć. Od tej pory stał na półce, nie czytałam go, tylko używałam jak encyklopedii: zaglądałam do niego, aby sprawdzić, jaka jest nauka Kościoła w konkretnych sprawach, które mnie akurat interesowały.

Jakoś niedługo później na forum Catholic Online pojawił się wątek z ankietą "jaką książkę zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę?". Dyskutanci podzielili się na zwolenników Biblii (niekiedy z uwagą, że to w zasadzie oszustwo, bo Biblia to nie jedna książka, ale cała biblioteka) oraz Katechizmu właśnie. Ci pierwsi (do których jest mi zdecydowanie bliżej) nie mogli się nadziwić tym drugim, że wolą przemijające ludzkie dzieło od Słowa Bożego; ci drudzy przypominali tym pierwszym, jak opłakane skutki (z protestancką herezją włącznie) może mieć czytanie i interpretowanie Pisma św. samodzielnie, bez łączności z Kościołem.

No ale mimo wszystko ten Katechizm jest nam dany nie na wiwat, mimo wszystko wręcza nam go Święta Matka Kościół, mimo wszystko stanowi on część wiecznie żywej i wiecznie młodej Tradycji. Nie jest to może kosztowne wino Słowa Bożego1, ale przecież nie sposób żyć o samym winie...

Zresztą, w Katechizmie właśnie stoi napisane, że "trzeba nam nieustannie oczyszczać nasz język z tego, co ograniczone, obrazowe i niedoskonałe, by nie pomieszać niewypowiedzianego, niepojętego, niewidzialnego i nieuchwytnego Boga z naszymi ludzkimi sposobami wyrażania". Więc do roboty! Oczyszczajmy...


1 "Niestety karmimy się soczewicą i pijemy wodę, podczas gdy w Piśmie Świętym zostało nam dane kosztowne wino słowa Bożego." - Joseph Ratzinger, Wzniosła Córa Syjonu.

11.10.06

Oczekiwanie

Dziś pierwsze spotkanie z cyklu. Nie do końca wiemy, czego się spodziewać, zwłaszcza, że mamy w tym roku nowego duszpasterza (o. Tomasz G.). Ma być adoracja, msza, ma być też losowanie podziału na grupki. Zgłosiłam się do poprowadzenia - wspólnie z Anią L. - grupy "otwartej", tj. niemającej stałego składu, do której w każdej chwili mogą się dołączyć osoby nowe czy przychodzące sporadycznie, więc mnie to losowanie w zasadzie nie dotyczy. Ale dla innych może być ważne, bo ustala im na cały rok środowisko, w którym mają wzrastać w wierze. Ustala przez losowanie, ale to chyba nie szkodzi. Nie dlatego, że Pan Bóg zadba, aby wyniki losowania był najlepsze z możliwych; ale dlatego, że każdemu z nas pomoże wzrastać tam, gdzie nas akurat postawił. Tak samo, jak nie zajmuje się On dobieraniem swoim wyznawcom najlepszej możliwej kariery zawodowej, najlepszego możliwego współmałżonka itd., ale raczej daje moc, aby - w ramach tego zawodu, który się akurat wykonuje, tej rodziny, w której się akurat żyje - realizować powołanie do świętości.