Kontekst: wprosił się do nas na Wigilię Paschalną (i następujące po niej - między 1:00 a 3:00 w nocy - śniadanie wielkanocne) przyjaciel-ateista. Odstał grzecznie trzy godziny w kościele, klękając w stosownych momentach; przeszedł całą trasę procesji, podzwaniając pożyczonym dzwonkiem; przyłapany na śpiewaniu "Alleluja" wyparł się, że to niechcący.
Poniższą rozmowę z mężem odbyłam parę dni później.
- Wiesz, ale ja mam mieszane uczucia wobec P. na Wigilii Paschalnej.
- No ja w sumie też, ale czemu?
- Bo ja wiem? No bo po co on tam poszedł? Nastał się, namęczył...
- Co namęczył? Dla młodego zdrowego chłopaka postać trzy godziny to jak splunął.
- Ja tam się na młodych chłopakach nie znam, nigdy takowym nie byłam, ale mnie na przykład bolą nogi i kregosłup, jak tyle stoję. To znaczy akurat na Wigilii nie było tak źle, w Wielki Piątek mnie kręgosłup rozbolał okropnie.
- To bardzo stosownie, chociaż wbrew kazaniu.
- Hehe. A po drugie, on sam mówił, że się nastał i teraz musi się zastanowić, w imię czego.
- To niech się zastanawia. Dla mnie to jest jasne: dla większej chwały Bożej.
- Ale on chyba tak o tym nie myśli...
- Ale obiektywnie to chyba tak właśnie jest. Może Duch Święty go tam wysłał, żeby śpiewał Alleluja w imieniu wszystkich Żydów-ateistów?
- Żydów?
- Może matematyków-ateistów, wszystko jedno. Po prostu jest taki poziom, na którym nie ma znaczenia, co on o tym myśli. Opasali go i poprowadzili, dokąd nie chciał.
- No dobra. Ale jest taki poziom, na którym P. podejmuje świadomą decyzję pójścia na Wigilię Paschalną. I mnie o ten poziom chodzi.
- No ale w czym problem?
- Jakby ci to wytłumaczyć... Powiedzmy, że jest chłopak. Nieśmiały, wrażliwy. Zakochuje się w koleżance z klasy, ale nie bardzo ma odwagę jej o tym powiedzieć. Więc wymyśla sobie, że przyniesie jej do szkoły na imieniny bukiet róż, żeby w ten sposób okazać, że czuje do niej coś szczególnego.
- OK.
- No dobra, Więc przychodzi z tym bukietem, a kumpel się go pyta, o co chodzi. No to ten mówi, że to dla tej dziewczyny, że ona ma imieniny. A kumpel radośnie stwierdza: "Świetny pomyśł!", wyskakuje na przerwie do kwiaciarni i też jej przynosi bukiet róż. No to to będzie strasznie wkurzające dla tego pierwszego.
- Dla niego tak, bo wyraźnie ktoś mu tu coś psuje. Ale obiektywnie nic tu złego nie ma, kumpel ma prawo tak się zachować. To jest kwestia dojrzałości tego pierwszego chłopaka, żeby to zaakceptować. Ale jak to się ma do P.?
- No bo widzisz: jak ja idę na procesję rezurekcyjną, to idę po to, żeby wyznać wiarę w Zmartwychwstanie Chrystusa, a nie po to, żeby sobie podzwonić. I jeśli obok mnie idzie ktoś, kto chce sobie po prostu podzwonić, to mnie to coś psuje. Tak jak temu chłopakowi od bukietu róż. Ja rozumiem, że obiektywnie ma prawo, ale uczucia mam mieszane.
- Ale mówisz o procesji czy o Wigilii?
- O procesji głównie, ale o Wigilii trochę też. W takim wymiarze, w jakim to jest ofiara, w jakim się męczy staniem, więc to musi być "w imię czegoś".
- OK. Ale chyba nie myślisz, że P. poszedł po prostu sobie podzwonić?
- No nie. Ale mimo wszystko, nie poszedł z wiary, OK? Wiesz, ja kiedyś czytałam na jakimś amerykańskim forum dyskusję o Eucharystii. Tam byli jacyś protestanci, którzy bronili tezy, że oni też traktują Eucharystię poważnie. Toczyła się dyskusja, latały wielkie słowa: uczta jedności, pamiątka Ostatniej Wieczerzy itp., aż w końcu jakiś katolik zadał tym protestantom dwa proste pytania: czym oni odprawiają Eucharystię i co robią z tym, co pozostanie. Odpowiedzi były: Wonder Bread (to jest bodaj najtańsza marka chleba sprzedawanego w amerykańskich supermarketach, kwadratowe kromki nadające się tylko do tostowania) i sok winogronowy firmy Welch; resztki kruszymy dla ptaków. I w tym momencie zupa się wylała.
- Czekaj, z protestantami to chyba z góry wiadomo, że oni tę Eucharystię inaczej rozumieją.
- Niby tak, ale jak się zaczyna o tym rozmawiać teologicznym żargonem, to się wydaje, że z punktu widzenia prostego wiernego to są jakieś niestotne subtelności. W końcu ci protestanci też nie odprawiają tych swoich nabożeństw dla jaj, oni się szczerze modlą, wspominają Ostatnią Wieczerzę i zbawczą śmierć Chrystusa, budują jedność wspólnoty i tak dalej. Ale jak się przyjrzeć, to gołym okiem widać, że w porównaniu z tym, w co my wierzymy, to ten Wonder Bread kruszony dla ptaków to jest śmiechu warte.
- Masz rację, tu jest konkret. Tylko wiesz co? W porównaniu z Bogiem wszechmogącym ludzkie ciało to też jest śmiechu warte. A On je przyjął.
- Masz rację :).
- Wiesz, ja sobie serio myślę, że ten P. nie musi wiedzieć, po co on tam poszedł. To jest trochę tak, jak w dzisiejszym czytaniu. Może za trzydzieści lat P., dobry katolik, będzie powtarzał "czyż serce nie pałało we mnie?", wspominając tę Wigilię Paschalną.
- Myślisz? Może... Może nie.
- Może nie, może on nigdy do tego Emaus nie dojdzie. Ale na razie nie można mu zabraniać próbować.
- Ale ja mu nie zabraniam. Ja po prostu mam mieszane uczucia.
- A tak, tu cię rozumiem. Ja też mam.
15.4.07
Jajeczko z Golgotą
W centrach handlowych święta zaczynają się wcześniej. Nic dziwnego, że Wielki Tydzień w Galerii Dominikańskiej upłynął pod znakiem pisanek i innych wielkanocnych tradycji. Urządzono specjalny kącik dla dzieci, gdzie maluchy dostawały papier i kredki i mogły dać upust fantazji, wymyślając najróżniejsze wzorki pisankowe. Potem te rysunki (a przynajmniej najładniejsze z nich) powieszono na ścianie i wszyscy klienci Galerii mogli je podziwiać.
Wśród rysunków był jeden, który zwrócił moją uwagę. Ogromne jajo, zajmujące niemal całą kartkę A3, pokryte kompletnym miszmaszem wielkanocno-wiosennych motywów: kwiaty, zające, kurczaki... Nie było w tym widać żadnego porządku, rysunki różniły się między sobą rozmiarem i stylem (pod obrazkiem było kilka podpisów - dzieło zbiorowe).
Pośród tego wszystkiego wyróżniał się jeden szczególny motyw: wzgórze zwieńczone Krzyżem. Golgota. Precyzyjnie wykreślona ascetyczną brązową kreską, stojąca samotnie wśród wielobarwnych kwiatów, zajęcy, kurczaczków, pisanek.
Widziałam ją jeszcze w Wielki Piątek, kiedy (z poczuciem winy, bo przecież powinnam poboznie obchodzić Triduum) ganiałam po sklepach w poszukiwaniu wędlin na śniadanie wielkanocne i dodatków do ciast. Pomyślałam wtedy o tej Golgocie sprzed dwóch tysięcy lat, też stojącej samotnie pośród gwaru piątkowego popołudnia przed Paschą. I o tym, że dzisiejszy przedświąteczny rozgardiasz, który sama współtworzę, niewiele się od tamtego różni. I jeszcze o tym, że ten rozgardiasz będzie jeszcze trwał, kiedy my wieczorem zbierzemy się na Liturgii Męki Pańskiej.
Być znakiem sprzeciwu...
Wśród rysunków był jeden, który zwrócił moją uwagę. Ogromne jajo, zajmujące niemal całą kartkę A3, pokryte kompletnym miszmaszem wielkanocno-wiosennych motywów: kwiaty, zające, kurczaki... Nie było w tym widać żadnego porządku, rysunki różniły się między sobą rozmiarem i stylem (pod obrazkiem było kilka podpisów - dzieło zbiorowe).
Pośród tego wszystkiego wyróżniał się jeden szczególny motyw: wzgórze zwieńczone Krzyżem. Golgota. Precyzyjnie wykreślona ascetyczną brązową kreską, stojąca samotnie wśród wielobarwnych kwiatów, zajęcy, kurczaczków, pisanek.
Widziałam ją jeszcze w Wielki Piątek, kiedy (z poczuciem winy, bo przecież powinnam poboznie obchodzić Triduum) ganiałam po sklepach w poszukiwaniu wędlin na śniadanie wielkanocne i dodatków do ciast. Pomyślałam wtedy o tej Golgocie sprzed dwóch tysięcy lat, też stojącej samotnie pośród gwaru piątkowego popołudnia przed Paschą. I o tym, że dzisiejszy przedświąteczny rozgardiasz, który sama współtworzę, niewiele się od tamtego różni. I jeszcze o tym, że ten rozgardiasz będzie jeszcze trwał, kiedy my wieczorem zbierzemy się na Liturgii Męki Pańskiej.
Być znakiem sprzeciwu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)