Date: Fri, 14 May 1999 13:54:57 +0200 (MET DST)
>Subject: Re: manent
> Nas laczy tez wiara, chyba coraz bardziej.
To prawda, ja tez to czuje. I odczuwam potrzebe, aby to nie tylko przyjac do wiadomosci, ale zrozumiec, dlaczego coraz bardziej. Z mojej strony to wyglada tak, ze kiedy sie poznalismy, wiara mogla mnie laczyc z kimkolwiek na poziomie dosyc trywialnym (bo sama jej duzo glebiej nie przezywalam): ze nie musze sie przed Toba tlumaczyc z tego ze - dajmy na to - musze byc na mszy albo nie moge isc z Toba do lozka.
Wlasnie tak: `musze' i `nie moge', nie `chce' i `nie chce'. Zreszta sam napisales, ze bylam gesia; czy ges moze byc wierzaca? (Swoja droga jak to zrobiles, ze sie zakochales w takiej gesi, przeciez to bez sensu?)
Pod wplywem swiadectw o wielkich nawroceniach (niekoniecznie nawroceniach ludzi stojacych uprzednio poza chrzescijanstwem, ale takich jak ja, przezywajacych swoja wiare w sposob trywialny), zaczelam tesknic za takim doswiadczeniem, za dotknieciem laski. Nauczono mnie (za wczesnie!), ze nie my szukamy Boga, ale On nas; zreszta nie bardzo rozumialam, czym by mialo byc z mojej strony szukanie Boga, skoro juz
jestem ta `porzadna katoliczka'(?). Liczylam na jakies uczuciowe fajerwerki (to staly motyw w swiadectwach nawrocen).
Ale w pewnym momencie przerazilam sie, ze moge przezyc zycie, nie doczekawszy sie tego dotkniecia; ze moze myle sie, czekajac na nie. Wtedy podjelam cos, co nie bylo swiadoma strategia udawania, ale z perspektywy czasu moge to scharakteryzowac jako probe zachowywania sie tak, jakby to spektakularne dotkniecie laski w moim zyciu nastapilo. [Ja nie chce Cie prowokowac do polemiki, ze zapewne nastapilo, tylko tego nie zauwazylam; albo ze dotkniecie laski odbywa sie nie w sferze uczuc. Teraz juz to wiem.]
Jednym z elementow tej strategii bylo przylaczenie sie do wspolnoty MF (czyli rzecz sie dziala jakies piec i pol roku temu). Nie przezylam `spowiedzi nawroconego', z placzem i nowym spojrzeniem na dotychczasowe zycie. Zrozumienie przychodzilo stopniowo, na tyle wolno, ze gdy uswiadamialam sobie, jaka bylam podla idiotka czyniac to a to - to a to bylo juz dawno pogrzebane pod stosem sakramentalnych rozgrzeszen (sorry, jesli Cie razi ta metafora). Na poziomie emocji to mi wcale nie ulatwia sprawy. Ale kiedy staje mi przed oczami moj dawny grzech a rownoczesnie nagla luka w pamieci pochlania wspomnienie spowiedzi i rozgrzeszenia (chocby i nie dosc swiadomie przyjetego) - zwalam to na bezposrednia interwencje szatana i ide spac, zeby nie zwariowac.
Wrocmy do glownego watku: nie przezylam emocjonalnych uniesien, jakich opis stanowi zwykle istotny watek swiadectwa nawrocenia. A jednoczesnie obserwuje w swoim zyciu owoce tegoz nawrocenia. Widzialam Adasia D. modlacego sie jezykami i nie smiem watpic, ze czynil to w dobrej woli na chwale Boga i pozytek Kosciola. Ale boje sie, ze w moich ustach taka modlitwa bylaby jarmarczna sztuczka; wiec nie prosze o ten dar. Nie wysmiewam osob z czcia powtarzajacych swiadectwo o cudzie: o.Pio mial
43 stopnie goraczki (i bialko mu sie nie scielo). Ale wole zachwycac sie faktem, ze gatunek o tak waskim przedziale tolerowanych temperatur jak nasz nie tylko nie wyginal, ale opanowal wszystkie strefy klimatyczne. Taki mam styl; i udalo mi sie go nie zagubic. Laska buduje na naturze.
[...] Tak czy owak, poza faktem ze sie swoja wiare przezywa, jest jeszcze pytanie, czy sie o niej mowi. Jesli nie, to chyba nie ma mozliwosci, zeby laczyla dwoje ludzi chocby tak silnie jak nas teraz; choc rzecz jasna nie jest tez tak, jakoby bez slow nie dalo sie przezywac wiary wspolnie. Dawanie swiadectwa slowem to odrebna umiejetnosc. Myslalam, ze nauczylam sie tego w MFie i ze bez tej wspolnoty nie umialabym tego robic. Nie wiem tylko, gdzie sie tego nauczyl moj ojciec, ktory przeciez do zadnej wspolnoty sie nie wplatal, ani gdzie Ty sie tego nauczyles. Moze on sie tego nie uczyl, tylko przypominal z dawnych czasow (a ze w czasach przed moim urodzeniem mogl sie znalezc w srodowisku formujacym te sprawnosc, to ja moge uwierzyc); moze jak sie jest dostatecznie dojrzalym, to mozna zaczac samemu; moze mnie kochasz i dlatego przede mna umiesz sie otworzyc, a z nikim innym tak by nie bylo (ja Ci potrafie powiedziec wiecej o tym jak przezywam swoja wiare niz ludziom ze wspolnoty; pare lat temu jeszcze bylo odwrotnie); nie wiem. Wiem, ze masz racje piszac ze wiara laczy nas coraz bardziej. I to dla mnie bardzo duzo znaczy.
31.10.06
Re: manent
Po napisaniu ostatniego postu przegrzebałam stare foldery pocztowe i znalazłam te listy do (i od) męża (wtedy jeszcze narzeczonego), a w nich fragment o wierze i nawróceniu, który jakoś chyba pasuje do tych rekolekcji (choć może bardziej do poprzedniego odcinka), więc wklejam.
List od Pana Boga
Z propozycji pytań do przedyskutowania na grupkach:
Nie jestem Mojżeszem, nie rozmawiam z Bogiem twarzą w twarz.
Pismo święte jest dla mnie bardziej podobne do listu niż do rozmowy. Listy też się przecież dostaje od żywych osób, list też może przekazywać ważne treści i uczucia. W okresach rozłąki z moim mężem, a wcześniej narzeczonym, głównym kanałem komunikacji między nami była poczta elektroniczna. I jakoś zastępowała ona bezpośrednią rozmowę, i przynosiła nieprawdopodobnie wiele wzruszeń i radości. Ale jednak czegoś brakuje, jednak to nie to samo co bezpośrednie spotkanie. Maile, jakie wymienialiśmy, liczyły po parędziesiąt linijek gołego tekstu - raptem półtora kilobajta. Nie da się, po prostu fizycznie się nie da spakować tonu głosu, mowy ciała itp. do takiej objętości. Coś się nieodwołalnie traci.
Pewnego dnia przy lekturze listu od męża naszło mnie dziwne uczucie. Ja właściwie nie mam żadnej gwarancji, że to naprawdę jest list od męża! Ten sam tekst mogła wygenerować małpa uderzająca losowo w klawisze! Jest to, oczywiście, skrajnie nieprawdopodobne - ale nie niemożliwe, prawdopodobieństwo takiego zdarzenia da się sensownie policzyć (w przeciwieństwie do prawdopodobieństwa zdarzenia polegającego na tym, że witający mnie na lotnisku mężczyzna, mimo iż ma twarz, głos i sylwetkę mojego męża, nie jest wcale moim mężem, ale zupełnie kim innym). Pozostaje mi tylko zaufać... ale zaufać komu? Czy list może sam potwierdzić swoją autentyczność?
Czy pojmujesz Pismo Św. jako rozmowę Boga z człowiekiem? W czym dla ciebie wyraża się dialog? Jeśli nie jest rozmową czym jest dla ciebie?Pismo jako rozmowę? Nie, no chyba jednak nie. Rozmowa wymaga interaktywności, Pismo święte po prostu jest, jakie jest, nie zmienia się pod wpływem tego, co ja mówię. Moje rozumienie może się zmieniać, ale to inna sprawa.
Nie jestem Mojżeszem, nie rozmawiam z Bogiem twarzą w twarz.
Pismo święte jest dla mnie bardziej podobne do listu niż do rozmowy. Listy też się przecież dostaje od żywych osób, list też może przekazywać ważne treści i uczucia. W okresach rozłąki z moim mężem, a wcześniej narzeczonym, głównym kanałem komunikacji między nami była poczta elektroniczna. I jakoś zastępowała ona bezpośrednią rozmowę, i przynosiła nieprawdopodobnie wiele wzruszeń i radości. Ale jednak czegoś brakuje, jednak to nie to samo co bezpośrednie spotkanie. Maile, jakie wymienialiśmy, liczyły po parędziesiąt linijek gołego tekstu - raptem półtora kilobajta. Nie da się, po prostu fizycznie się nie da spakować tonu głosu, mowy ciała itp. do takiej objętości. Coś się nieodwołalnie traci.
Pewnego dnia przy lekturze listu od męża naszło mnie dziwne uczucie. Ja właściwie nie mam żadnej gwarancji, że to naprawdę jest list od męża! Ten sam tekst mogła wygenerować małpa uderzająca losowo w klawisze! Jest to, oczywiście, skrajnie nieprawdopodobne - ale nie niemożliwe, prawdopodobieństwo takiego zdarzenia da się sensownie policzyć (w przeciwieństwie do prawdopodobieństwa zdarzenia polegającego na tym, że witający mnie na lotnisku mężczyzna, mimo iż ma twarz, głos i sylwetkę mojego męża, nie jest wcale moim mężem, ale zupełnie kim innym). Pozostaje mi tylko zaufać... ale zaufać komu? Czy list może sam potwierdzić swoją autentyczność?
Czy to Ty, Panie?
27.10.06
Alef, bet, gimmel...
Przecież mogło być zupełnie inaczej. Mogliśmy nigdy nie wynaleźć pisma; a jeśli nawet, to mogło ono wyglądać zupełnie inaczej: hieroglificzne, sznurkowe, cokolwiek. Sam pomysł, że Objawienie Boże zawisło na czymś tak przypadkowym, jak książka, wydaje się omalże bluźnierczy.
Ale taki właśnie jest nasz Bóg.
Czyż ludzkie ciało nie wydaje się równie beznadziejnie przypadkowe, ukształtowane przez serię genetycznych mutacji? A przecież On przyjął ludzkie ciało.
Czy chleb nie jest losowym wytworem cywilizacji śródziemnomorskiej? Cała Wschodnia Azja zamiast chleba jada przecież ryż i nic? A jednak On dla nas stał się chlebem.
Czy każdy z nas nie jest takim sobie ot człowieczkiem, ani specjalnie mądrym, ani szlachetnym, ani nawet urodziwym? A przecież On wybrał nas, aby z nas utworzyć Kościół, Swoją Oblubienicę.
Ale taki właśnie jest nasz Bóg.
Czyż ludzkie ciało nie wydaje się równie beznadziejnie przypadkowe, ukształtowane przez serię genetycznych mutacji? A przecież On przyjął ludzkie ciało.
Czy chleb nie jest losowym wytworem cywilizacji śródziemnomorskiej? Cała Wschodnia Azja zamiast chleba jada przecież ryż i nic? A jednak On dla nas stał się chlebem.
Czy każdy z nas nie jest takim sobie ot człowieczkiem, ani specjalnie mądrym, ani szlachetnym, ani nawet urodziwym? A przecież On wybrał nas, aby z nas utworzyć Kościół, Swoją Oblubienicę.
Bóg, zstępując w swej dobroci, by objawić się ludziom, przemawia do nich ludzkimi słowami: "Słowa Boże, wyrażone językami ludzkimi, upodobniły się do mowy ludzkiej, jak niegdyś Słowo Ojca Przedwiecznego, przyjąwszy słabe ciało ludzkie, upodobniło się do ludzi". Z tego powodu Kościół zawsze czcił Pismo święte, podobnie jak czci Ciało Pana. Nie przestaje ukazywać wiernym Chleba życia branego ze stołu Słowa Bożego i Ciała Chrystusa. [Katechizm 101,103]Przyjął wszystkie niedoskonałości tego medium. Błędy kopistów. Możliwość nieporozumień. Ryzyko przekłamania, przekręcenia tekstu. Przyjął je w tej samej pokorze, w jakiej przyjął cierpienie związane z życiem na ziemi i śmiercią na Krzyżu. Jest taki dowcip:
Archeologom udało się całkowicie odszyfrować napis na płytach darowanych Mojżeszowi. Przykazanie było tylko jedno: "Nie z czasownikami pisze się osobno: nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż..."No właśnie: czy grozi nam coś takiego? Czy jest serio do pomyślenia, że mimo wszelkich naszych starań wiadomość od Boga uległa nieodwracalnemu uszkodzeniu? Nie - Duch Święty czuwa nad swoim Kościołem i obiecano nam, że bramy piekielne nas nie przemogą. Ale "mimo starań" jest tu kluczowe. Na pomoc Ducha Świętego liczyć możemy wtedy, kiedy sami zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.
23.10.06
Forma świadectwa
Gdybym wiarę wymyśliła sobie sama, to spokojnie mogłoby się okazać, że jest nieprzekazywalna. Że myśli o Bogu nie da się ubrać w słowa. Ale skoro tak nie jest, skoro wiarę otrzymałam, i to otrzymałam ją w słowach właśnie, to takiego problemu być nie może. W najgorszym wypadku mogę zawsze powtórzyć słowo w słowo to, co mi mówiono.
Właściwie, dlaczego miałby to być najgorszy wypadek? Jeżeli wiara jest przekazywana z rąk do rąk, z pokolenia na pokolenia, to chyba lepiej przekazać ją w stanie niezmienionym, niż dodawać coś od siebie, ryzykując przekłamanie?
I z drugiej strony: słowa, w jakie ubiorę swoje świadectwo, nie są nieważne. Są najważniejsze na świecie, ale o ich stosowność, jednoznaczność itp. musi zadbać Duch Święty. Sama nie dam rady. Moją rolą jest wiara, ufność i gotowość współpracy z łaską.
Właściwie, dlaczego miałby to być najgorszy wypadek? Jeżeli wiara jest przekazywana z rąk do rąk, z pokolenia na pokolenia, to chyba lepiej przekazać ją w stanie niezmienionym, niż dodawać coś od siebie, ryzykując przekłamanie?
Trzeba zatem nieustannie oczyszczać nasz język z tego, co ograniczone, obrazowe i niedoskonałe, by nie pomieszać "niewypowiedzianego, niepojętego, niewidzialnego i nieuchwytnego" Boga z naszymi ludzkimi sposobami wyrażania. [KKK 42]W słowach, którymi przekazano mi wiarę, jest wszystko, czego potrzebuję. Jest wszystko, bo ten, kto mi wiarę przekazywał, nie mówił od siebie, ale z Ducha. A gdy was poprowadzą, żeby was wydać, nie martwcie się przedtem, co macie mówić; ale mówcie to, co wam w owej chwili będzie dane. Bo nie wy będziecie mówić, ale Duch Święty. [Mk 13,11] (Myślę, że to się odnosi poniekąd do wszelkiego głoszenia Słowa, nie tylko w obliczu prześladowań; wielu z nas zresztą nie spotyka żaden prześladowanie poważniejsze niż konieczność publicznego wyznania wiary).
I z drugiej strony: słowa, w jakie ubiorę swoje świadectwo, nie są nieważne. Są najważniejsze na świecie, ale o ich stosowność, jednoznaczność itp. musi zadbać Duch Święty. Sama nie dam rady. Moją rolą jest wiara, ufność i gotowość współpracy z łaską.
22.10.06
Pierwszeństwo słowa przed pojęciem
Tak zwykłam określać pewien styl głoszenia kazań czy nauk rekolekcyjnych, który strasznie mnie irytuje. Bierzemy jakieś słowo (np. samotność albo miłość) i pytamy, co ono znaczy, z czym nam się kojarzy, zaczynamy odróżniać "prawdziwą samotność" od "samotności w popularnym rozumieniu" itp. itd. Nonsens, znaczenia słów są umowne, można zamiast samotność mówić futliputli, byle to futliputli najpierw porządnie zdefiniować. Czyż nie?
Leżałam ostatnio przez parę dni w łóżku z przeziębieniem i dla zabicia czasu czytałam Wprowadzenie w chrześcijaństwo Josepha Ratzingera (skądinąd świetna książka!). Znalazłam tam niemal to samo sformułowanie - "pierwszeństwo słowa przed myślą" - z tym, że Ratzinger twierdzi, że tak ma być.
Leżałam ostatnio przez parę dni w łóżku z przeziębieniem i dla zabicia czasu czytałam Wprowadzenie w chrześcijaństwo Josepha Ratzingera (skądinąd świetna książka!). Znalazłam tam niemal to samo sformułowanie - "pierwszeństwo słowa przed myślą" - z tym, że Ratzinger twierdzi, że tak ma być.
Inaczej mówiąc: w wierze jest pierwszeństwo słowa przed myślą, co odróżnia jej strukturę od struktury filozofii. W filozofii myl wyprzedza słowo, jest wynikiem rozważania, które następnie usiłujemy ująć w słowa; pozostają one zawsze czymś wtórnym w stosunku do myśli i dlatego dadzą się zasadniczo zastąpic innymi słowami. Wiara natomiast przychodzi do człowieka z zewnątrz i jest to dla niej istotne. [...] Wyobrażenie, iż wiara właściwie powinna była powstać w ten sposób, że ją sobie sami wymyślamy i znajdujemy na drodze czysto prywatnych poszukiwań prawdy, jest już w gruncie rzeczy wyrazem pewnego ideału, pewnej postawy myślowej, która zapoznaje to, co w wierze istotne, a co polega na tym, że jest ona przyjęciem tego, czego się nie da wymyślić. [Joseph Ratzinger, Wprowadzenie w chrześcijaństwo]No bo wiara rodzi się z tego, co się słyszy [Rz 10,17].
19.10.06
Kolejność kwantyfikatorów
Dla każdego błędu istnieje sposób uniknięcia go, ale nie ma sposobu uniknięcia wszystkich błędów.
17.10.06
Dowody na istnienie
Człowiek przyzwyczajony do naukowego rozumienia słowa "dowód" wzdryga się, słysząc o dowodach na istnienie Boga. Katechizm, najwyraźniej nie chcąc zadzierać z przemądrzalcami, zastrzega się starannie, że nie chodzi tu o dowody, jakich poszukują nauki przyrodnicze, ale o "spójne i przekonujące argumenty", które pozwalają osiągnąć prawdziwą pewność, po czym argumenty te dzieli z grubsza na dwie kategorie: bazujące na obserwacji bądź to świata materialnego, bądź to osoby ludzkiej. Pięć dróg Tomasza z Akwinu, na przykład, należy do pierwszej kategorii.
Ciekawa rzecz, ale mnie osobiście jakoś te argumenty "ze świata" nie przekonują. Ciekawa dlatego, że w końcu jestem tzw. ścisłowcem, a nie jakimś humanistą, więc można by się spodziewać, że i w tym przypadku ważniejsza dla mnie będzie Natura niż Człowiek. A tymczasem nie: o ile potrafię się dopatrywać czegoś pozaprzyrodzonego w głosie sumienia czy w wolnej woli człowieka, o tyle religijna interpretacja zachwytu nad światem jest mi w zasadzie obca.
Trochę sobie myślę (czy może - obawiam się), że przyczyną tego stanu rzeczy jest ten sam mechanizm, który powoduje, że z upodobaniem czytamy prasę codzienną, dopóki nie zahacza ona o naszą własną dziedzinę. Popularne gazetowe artykuły o astronomii podobają się wszystkim oprócz astronomów - bo ci są na tyle kompetentni, aby wyłapać wszystkie potknięcia, nadmierne uproszczenia i nieścisłości i zirytować się nimi. Czyżby więc argument z wolnej woli był równie niesprawny, jak argument z ruchu - tyle, że ja tego nie widzę, bo za dużo wiem o ruchu, a za mało o wolnej woli? (Trzeba by zapytać jakiegoś psychologa, czy ma odwrotne problemy...)
A może nie, może jest na odwrót. Może jestem głupim ścisłakiem, który nie widzi lasu spoza drzew? Może świat naprawdę mówi o Bogu, tylko ja tego nie dostrzegam? Może za bardzo jestem zafiksowana na tym, co wydaje mi się, że wiem? Może za bardzo zżyłam się ze zdumiewającą urodą świata, żeby się nią zachwycać?
Ciekawa rzecz, ale mnie osobiście jakoś te argumenty "ze świata" nie przekonują. Ciekawa dlatego, że w końcu jestem tzw. ścisłowcem, a nie jakimś humanistą, więc można by się spodziewać, że i w tym przypadku ważniejsza dla mnie będzie Natura niż Człowiek. A tymczasem nie: o ile potrafię się dopatrywać czegoś pozaprzyrodzonego w głosie sumienia czy w wolnej woli człowieka, o tyle religijna interpretacja zachwytu nad światem jest mi w zasadzie obca.
Trochę sobie myślę (czy może - obawiam się), że przyczyną tego stanu rzeczy jest ten sam mechanizm, który powoduje, że z upodobaniem czytamy prasę codzienną, dopóki nie zahacza ona o naszą własną dziedzinę. Popularne gazetowe artykuły o astronomii podobają się wszystkim oprócz astronomów - bo ci są na tyle kompetentni, aby wyłapać wszystkie potknięcia, nadmierne uproszczenia i nieścisłości i zirytować się nimi. Czyżby więc argument z wolnej woli był równie niesprawny, jak argument z ruchu - tyle, że ja tego nie widzę, bo za dużo wiem o ruchu, a za mało o wolnej woli? (Trzeba by zapytać jakiegoś psychologa, czy ma odwrotne problemy...)
A może nie, może jest na odwrót. Może jestem głupim ścisłakiem, który nie widzi lasu spoza drzew? Może świat naprawdę mówi o Bogu, tylko ja tego nie dostrzegam? Może za bardzo jestem zafiksowana na tym, co wydaje mi się, że wiem? Może za bardzo zżyłam się ze zdumiewającą urodą świata, żeby się nią zachwycać?
Zapytany, dlaczego do zakonu częściej wstępują humaniści niż teologowie i kanoniści, mistrz Jordan odpowiedział: "Dobrym winem łatwiej upiją się wieśniacy, którzy zwykle piją wodę, aniżeli szlachta czy mieszczanie, którzy nie przejmują się mocniejszym winem, gdyż mają je na co dzień. Humaniści przecież przez cały tydzień piją wodę Arystotelesa i innych filozofów, dlatego jeśli łykną na niedzielnym czy świątecznym kazaniu słów Chrystusa i Jego sług, od razu są upici winem Ducha Świętego i nie tylko swój majątek, ale samych siebie Bogu ofiarują. Teologowie zaś często takich słów słuchają, toteż są czasem jak nieokrzesany kościelny, który bez szacunku zachowuje się przy ołtarzu i odwraca się do niego tyłem, gdyż często przebywa w kościele". [Legendy dominikańskie]
15.10.06
Mysterium tremendum
No ale chyba jednak są ludzie, którzy Boga nie szukają? Znam ateistów szczęśliwych w swoim ateizmie, którym najwyraźniej nic więcej nie potrzeba. Czy to nie przeczy katechizmowej formule, że pragnienie Boga jest wpisane w serce człowieka?
Katechizm sam zaraz wymienia czynniki, które mogą spowodować zapomnienie o tej głęboko skrytej potrzebie. Dziwna jest trochę ta lista. Mamy na niej sformułowanie "obojętność religijna", które jest raczej opisem problemu niż przyczyną; mamy "klasyczne wymówki" (uwikłanie w sprawy tego świata, złe wpływy); mamy poważny problem filozoficzny (kwestię zła); mamy wreszcie skłonność człowieka grzesznego do ukrywania się ze strachu przed Bogiem i do ucieczki przed Jego wezwaniem. Tę samą skłonność, która kazała Adamowi w Raju powiedzieć: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się [Rdz 3,9]. I ta ostatnia przyczyna wydaje mi się jakoś najgłębsza i najtrudniejsza do pokonania. Bo można po ludzku dorosnąć do niezależności od prądów umysłowych epoki czy do wolności od trosk materialnych, można nawet po ludzku osiągnąć postawę pogodnego stoicyzmu wobec zła. Ale nie sposób tylko po ludzku wyzwolić się z lęku przed tym wszechogarniającym spojrzeniem, przed którym wszystkie nasze małe, brudne sekrety stają w oślepiającym świetle dnia.
Katechizm sam zaraz wymienia czynniki, które mogą spowodować zapomnienie o tej głęboko skrytej potrzebie. Dziwna jest trochę ta lista. Mamy na niej sformułowanie "obojętność religijna", które jest raczej opisem problemu niż przyczyną; mamy "klasyczne wymówki" (uwikłanie w sprawy tego świata, złe wpływy); mamy poważny problem filozoficzny (kwestię zła); mamy wreszcie skłonność człowieka grzesznego do ukrywania się ze strachu przed Bogiem i do ucieczki przed Jego wezwaniem. Tę samą skłonność, która kazała Adamowi w Raju powiedzieć: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się [Rdz 3,9]. I ta ostatnia przyczyna wydaje mi się jakoś najgłębsza i najtrudniejsza do pokonania. Bo można po ludzku dorosnąć do niezależności od prądów umysłowych epoki czy do wolności od trosk materialnych, można nawet po ludzku osiągnąć postawę pogodnego stoicyzmu wobec zła. Ale nie sposób tylko po ludzku wyzwolić się z lęku przed tym wszechogarniającym spojrzeniem, przed którym wszystkie nasze małe, brudne sekrety stają w oślepiającym świetle dnia.
Panie, przenikasz i znasz mnie,
Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję.
Z daleka przenikasz moje zamysły,
widzisz moje działanie i mój spoczynek
i wszystkie moje drogi są Ci znane. [Ps 139,1-3]
14.10.06
Oblicze Boże
Czy ja pragnę Boga? Chyba nie. Nie pragnę Go, tak jak nie pragnę Wszechswiata czy choćby Słońca. Po pierwsze, są dla mnie o wiele za duże; po drugie, one już tu są i moje ewentualne pragnienia nic w tej kwestii nie zmienią. Z Bogiem jest podobnie. On już tu jest; to nie moje pragnienie powołało go do istnienia (ani nie zniknie, jeśli będę go ignorować). Jeśli stworzył mnie dla Siebie, to ja nie mam tu nic do gadania.
Ale w takim razie co mnie skłania do praktykowania wiary? Do łażenia na niedzielną mszę i środowe spotkania 3/4, do spowiedzi, do modlitwy, do religijnej lektury, do jałmużny itp., itd.? Chyba nie samo poczucie obowiązku, chyba musi być jakaś emocjonalna podkładka, bo tak po prostu jesteśmy skonstruowani?
Czasem mówi się nie o pragnieniu Boga, ale o pragnieniu Nieba. Ale pragnienie Nieba można przeżywać kompletnie egoistycznie, jako pragnienie osobistej szczęśliwości, czy wręcz (jeśli się już wierzy, że są tylko dwie opcje na wieczność) jako lęk przed mękami piekła. Na pewno trochę takiej postawy jest we mnie. Ale bardziej chyba oczekuję Nieba jako miejsca (momentu? rzeczywistości?), w którym wszystko się wreszcie wyjaśni.
Ale w takim razie co mnie skłania do praktykowania wiary? Do łażenia na niedzielną mszę i środowe spotkania 3/4, do spowiedzi, do modlitwy, do religijnej lektury, do jałmużny itp., itd.? Chyba nie samo poczucie obowiązku, chyba musi być jakaś emocjonalna podkładka, bo tak po prostu jesteśmy skonstruowani?
Czasem mówi się nie o pragnieniu Boga, ale o pragnieniu Nieba. Ale pragnienie Nieba można przeżywać kompletnie egoistycznie, jako pragnienie osobistej szczęśliwości, czy wręcz (jeśli się już wierzy, że są tylko dwie opcje na wieczność) jako lęk przed mękami piekła. Na pewno trochę takiej postawy jest we mnie. Ale bardziej chyba oczekuję Nieba jako miejsca (momentu? rzeczywistości?), w którym wszystko się wreszcie wyjaśni.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;Ujrzeć oblicze Boże. Tego chcę.
wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz. [1Kor 13,12a]
Jak łania pragnie wody ze strumieni,
tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże!
Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego:
kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże? [Ps 42,2-3]
13.10.06
Katechizm
No i dostaliśmy lekturę! Prawie całe dwie stroniczki, wzięte z Katechizmu Kościoła Katolickiego, plus dwa Psalmy. Niby tak miało być, Katechizm miał być jednym ze źródeł, i to ważnym, ale jakoś jednak czuję się z tym dziwnie.
Pamiętam, kiedy Katechizm się pojawił. Nie myślałam wtedy, że to będzie taka ważna książka, słowo "katechizm" kojarzyło mi się ze szkolnym podręcznikiem religii, z czymś dla dzieci, mało poważnym. Ale kupiłam go, uznałam, że wypada mieć. Od tej pory stał na półce, nie czytałam go, tylko używałam jak encyklopedii: zaglądałam do niego, aby sprawdzić, jaka jest nauka Kościoła w konkretnych sprawach, które mnie akurat interesowały.
Jakoś niedługo później na forum Catholic Online pojawił się wątek z ankietą "jaką książkę zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę?". Dyskutanci podzielili się na zwolenników Biblii (niekiedy z uwagą, że to w zasadzie oszustwo, bo Biblia to nie jedna książka, ale cała biblioteka) oraz Katechizmu właśnie. Ci pierwsi (do których jest mi zdecydowanie bliżej) nie mogli się nadziwić tym drugim, że wolą przemijające ludzkie dzieło od Słowa Bożego; ci drudzy przypominali tym pierwszym, jak opłakane skutki (z protestancką herezją włącznie) może mieć czytanie i interpretowanie Pisma św. samodzielnie, bez łączności z Kościołem.
No ale mimo wszystko ten Katechizm jest nam dany nie na wiwat, mimo wszystko wręcza nam go Święta Matka Kościół, mimo wszystko stanowi on część wiecznie żywej i wiecznie młodej Tradycji. Nie jest to może kosztowne wino Słowa Bożego1, ale przecież nie sposób żyć o samym winie...
Zresztą, w Katechizmie właśnie stoi napisane, że "trzeba nam nieustannie oczyszczać nasz język z tego, co ograniczone, obrazowe i niedoskonałe, by nie pomieszać niewypowiedzianego, niepojętego, niewidzialnego i nieuchwytnego Boga z naszymi ludzkimi sposobami wyrażania". Więc do roboty! Oczyszczajmy...
1 "Niestety karmimy się soczewicą i pijemy wodę, podczas gdy w Piśmie Świętym zostało nam dane kosztowne wino słowa Bożego." - Joseph Ratzinger, Wzniosła Córa Syjonu.
Pamiętam, kiedy Katechizm się pojawił. Nie myślałam wtedy, że to będzie taka ważna książka, słowo "katechizm" kojarzyło mi się ze szkolnym podręcznikiem religii, z czymś dla dzieci, mało poważnym. Ale kupiłam go, uznałam, że wypada mieć. Od tej pory stał na półce, nie czytałam go, tylko używałam jak encyklopedii: zaglądałam do niego, aby sprawdzić, jaka jest nauka Kościoła w konkretnych sprawach, które mnie akurat interesowały.
Jakoś niedługo później na forum Catholic Online pojawił się wątek z ankietą "jaką książkę zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę?". Dyskutanci podzielili się na zwolenników Biblii (niekiedy z uwagą, że to w zasadzie oszustwo, bo Biblia to nie jedna książka, ale cała biblioteka) oraz Katechizmu właśnie. Ci pierwsi (do których jest mi zdecydowanie bliżej) nie mogli się nadziwić tym drugim, że wolą przemijające ludzkie dzieło od Słowa Bożego; ci drudzy przypominali tym pierwszym, jak opłakane skutki (z protestancką herezją włącznie) może mieć czytanie i interpretowanie Pisma św. samodzielnie, bez łączności z Kościołem.
No ale mimo wszystko ten Katechizm jest nam dany nie na wiwat, mimo wszystko wręcza nam go Święta Matka Kościół, mimo wszystko stanowi on część wiecznie żywej i wiecznie młodej Tradycji. Nie jest to może kosztowne wino Słowa Bożego1, ale przecież nie sposób żyć o samym winie...
Zresztą, w Katechizmie właśnie stoi napisane, że "trzeba nam nieustannie oczyszczać nasz język z tego, co ograniczone, obrazowe i niedoskonałe, by nie pomieszać niewypowiedzianego, niepojętego, niewidzialnego i nieuchwytnego Boga z naszymi ludzkimi sposobami wyrażania". Więc do roboty! Oczyszczajmy...
1 "Niestety karmimy się soczewicą i pijemy wodę, podczas gdy w Piśmie Świętym zostało nam dane kosztowne wino słowa Bożego." - Joseph Ratzinger, Wzniosła Córa Syjonu.
11.10.06
Oczekiwanie
Dziś pierwsze spotkanie z cyklu. Nie do końca wiemy, czego się spodziewać, zwłaszcza, że mamy w tym roku nowego duszpasterza (o. Tomasz G.). Ma być adoracja, msza, ma być też losowanie podziału na grupki. Zgłosiłam się do poprowadzenia - wspólnie z Anią L. - grupy "otwartej", tj. niemającej stałego składu, do której w każdej chwili mogą się dołączyć osoby nowe czy przychodzące sporadycznie, więc mnie to losowanie w zasadzie nie dotyczy. Ale dla innych może być ważne, bo ustala im na cały rok środowisko, w którym mają wzrastać w wierze. Ustala przez losowanie, ale to chyba nie szkodzi. Nie dlatego, że Pan Bóg zadba, aby wyniki losowania był najlepsze z możliwych; ale dlatego, że każdemu z nas pomoże wzrastać tam, gdzie nas akurat postawił. Tak samo, jak nie zajmuje się On dobieraniem swoim wyznawcom najlepszej możliwej kariery zawodowej, najlepszego możliwego współmałżonka itd., ale raczej daje moc, aby - w ramach tego zawodu, który się akurat wykonuje, tej rodziny, w której się akurat żyje - realizować powołanie do świętości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)