25.2.07

Rady ewangeliczne

Czystość, ubóstwo, posłuszeństwo. Ślubują je zakonnicy. Czy rady kierowane są tylko do nich?

Myslę, że nie. Myślę, że każdy, komu przyszło wieść życie w czystości (w sensie seksualnej abstynencji, bo oczywiście czystość stosowna do stanu obowiązuje wszystkich), choćby z najbardziej prozaicznej przyczyny, może odnajdywać w niej religijny sens. Myslę, że każdy, kto wybiera zawód szlachetny, acz kiepsko płatny, może o tej decyzji myśleć jako o decyzji dobrowolnego ubóstwa. Ale z posłuszeństwem jest jednak o tyle trudniej, że trzeba mieć komu być posłusznym. Jest to - chyba - jedno z pragnień, których zaspokojenia poszukują ludzie u kierownika duchowego.

14.2.07

Teologiczny test Turinga

Test Turinga został oryginalnie wymyślony w celu rozstrzygnięcia, czy komputery mogą myśleć. Osoba przeprowadzająca test ma osądzić na podstawie przebiegu swobodnej konwersacji, czy jej rozmówca jest człowiekiem czy maszyną. Zakładamy, że konwersacja ta toczy się za pośrednictwem klawiatury i ekranu lub podobnego medium, aby wyeliminować niesprawiedliwe traktowanie komputera: ocenie ma podlegać zawartość wypowiedzi, nie zaś zdolność symulowania naturalnie brzmiącej mowy. Komputer, który w tych warunkach jest w stanie skutecznie udawać człowieka, zostaje uznany za myślący. (Człowiek, którego testujący uzna za maszynę, dowiedzie niedoskonałości testu.)

Z różnych względów test Turinga wydaje mi się użyteczną metaforą odnajdywania działania Boga w moim życiu. W teście Turinga pojedyncza wyjątkowo inteligentna odpowiedź może trafić się bezmyślnej maszynie przypadkiem, jak ślepej kurze ziarno, i dlatego ma mniejszą wagę dowodową niż konsekwentnie okazywany zdrowy rozsądek (choć pojedyncza wyjątkowo inteligentna odpowiedź może odegrać rolę języczka u wagi, pozwalając testującemu ostatecznie nabrać przekonania, że ma do czynienia z istotą ludzką). Podobnie, jakiekolwiek pojedyncze wydarzenie z mego życia ma dla mnie mniejszą wagę dowodową niż konsekwentnie obserwowany podskórny prąd wydarzeń, w którym różne drobiazgi mają swoje miejsce i składają się razem na obraz świata, który nie jest kompletnie przypadkowy, ale zmierza w jakimś kierunku, niczym fabuła dobrej powieści.

Nie zostałam nigdy uzdrowiona z żadnej poważnej choroby. Ale wielokrotnie zdarzało się, że moje (fizyczne bądź nie) cierpienia nagle okazywały się nagle bardziej znośne, kiedy czyniłam świadomy wysiłek, aby zaakceptować je jako sposób uczestnictwa w cierpieniu Chrystusa.

Nie przeżyłam nigdy niczego podobnego do prywatnego objawienia: żadnych wizji, głosów itp. Ale doświadczyłam niejednego nagłego olśnienia, kiedy odpowiedź na dręczące mnie pytanie stawała się nagle tak oczywista, jak niedostępna wydawała się chwilę wcześniej (pytania te dotyczyły spraw z zakresu rozpościerającego się od analizy fourierowskiej, poprzez sensowność podzielenia grupy biblijnej na dwie mniejsze, aż po sposób poradzenia sobie z pokusami). Olśnienia te poprzedzone były momentami najintensywniejszej koncentracji na modlitwie, jakie kiedykolwiek przeżyłam.

Nigdy nie mówiłam językami. Ale wielokrotnie dziękowano mi za użycie akurat tej a nie innej frazy akurat w tym konkretnym momencie, kiedy okazała się ona dla rozmówcy szczególnie znacząca. Podziękowania te przyjmowałam z pokornym zdumieniem, bo mnie samej to co mówiłam najczęściej wydawało się bądź to oczywiste i oklepane, bądź też nie do końca tym, co naprawdę chciałam powiedzieć.

Postacie eucharystyczne wyglądają i smakują dla mnie jak zwykły opłatek. Ale wielokrotnie obserwowałam, że różne sprawy z mojego życia wyglądają inaczej i do innych wniosków dochodzę, kiedy myślę o nich w kaplicy adoracji, twarzą w twarz z Chrystusem w Najświętszym Sakramencie, niż gdziekolwiek indziej.

Każda z poszczególnych egzemplifikacji wyżej opisanych prawidłowości daje się sama w sobie wytłumaczyć bez wspominania o Bogu: przypadkiem, naturalnymi mechanizmami psychologicznymi itp. W całym swym nagromadzeniu jednak nieodparcie narzucają mi one wrażenie, że koleje mojego życia podlegają kontroli potężnej a życzliwej Istoty dysponującej własną wolą i inteligencją, która to Istotę nazywam Bogiem. Na ile potrafię to ocenić, Bóg zdał mój osobisty test Turinga.

Oczywiście, żaden (skończony) test Turinga nie jest nieomylny. Nieważne, jak sprytnie testujący przepytuje testowanego, prawdopodobieństwo tego, że prosty program udzielający losowych odpowiedzi odpowie “prawidłowo” (tj. w sposób, który skłoni testującego do wierzenia, że ma do czynienia z człowiekiem) jest niezerowe. (Tym bardziej może sobie z tym zadaniem poradzić skomplikowany program, zawierający specjalne procedury dla “rozumienia” i przetwarzania informacji. Czasami to się rzeczywiście zdarza, może nie w kontekście faktycznego testu, ale wszędzie tam, gdzie “boty” spotykają się z ludźmi na równych prawach, np. na internetowych czatach i kanałach IRC.) Nie oznacza to, że test Turinga jest bezwartościowy i należy z niego zrezygnować. Przede wszystkim, nie mamy nic w zamian. W rzeczywistości nasza wiara w to, że inni ludzie są podobnymi do nas, myślącymi i świadomymi istotami, opiera się na niczym innym jak nieświadomie przeprowadzonym teście Turinga: jeśli ktoś zachowuje się w sposób, którego spodziewalibyśmy się po człowieku, to jest człowiekiem.

Tak więc, nie dysponuję ścisłym dowodem tego, że inni ludzie są świadomi siebie tak jak ja. Jedynie wierzę w to; ale wierzę niebezpodstawnie: mam swoje powody. Te powody można opisać mówiąc, że zdali oni test Turinga, który przeprowadziłam (nie znaczy to, że rozmyślnie testowałam kogokolwiek).

Zupełnie analogicznie, nie dysponuję ścisłym dowodem istnienia Boga ani możliwości kontaktu z nim. Jest do pomyślenia, że wszystko, co interpretuję jako jego działanie w moim życiu w rzeczywistości zdarza się samo przez się, po prostu dlatego że tak się ułożyły okoliczności we Wszechświecie, bez jakiejkolwiek woli czy inteligencji, która by za tym stała. Mimo to wierzę, że jest Bóg – wszechmocny, wszechwiedzący i miłujący – i że jestem w swego rodzaju (niedoskonałym) kontakcie z nim. Wierzę niebezpodstawnie: na ile potrafię to ocenić, Bóg zdał mój osobisty “teologiczny test Turinga”.

12.2.07

Wyznanie wiary

Wśród pouczeń, jakie w toku chrześcijańskiego wychowania otrzymuje przeciętne dziecko, jest także i to: że do wiary należy się otwarcie przyznawać, choćby groziło to prześladowaniem. W moim przypadku pouczenie to przyszło poparte inspirującym a melodramatycznym przykładem męczenników (tych rzymskich, z pierwszych wieków, jak i późniejszych misjonarzy). Pamiętam swoje niezwykle romantyczne dziecinne fantazje, w których za mężne wyznanie wiary płaciłam co najmniej ścięciem bądź rozstrzelaniem, a niekiedy spłonięciem żywcem na stosie (po lekturze "Winnetou" do repertuaru moich wyimaginowanych prześladowców dołączył indiański pal męczarni). O ile jednak moment męczeńskiej śmierci bywał w moich fantazjach dopracowany do perfekcji, o tyle prowokujące ją wyznanie wiary najczęściej sprowadzało sie do prostego i dość naiwnego oświadczenia "wierzę w Boga" (ewentualnie "w Chrystusa"). Z czasem zaczęłam wyrastać z dziecinnych fantazji, zmieniły się też moje lektury. Bodajże w "Zakonnicy" Diderota (acz mogę się mylić) natrafiłam na scenę, w której przesłuchujący żądają od tytułowej bohaterki "uczynienia aktu wiary" - a ona składa wyznanie, będące w zasadzie kilkuzdaniowym streszczeniem katolickiej teologii. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że moje dziecinne wyobrażenia, oprócz kompletnego braku wyobraźni co do realności cierpień fizycznych, grzeszyły naiwnością róznież w tym zakresie, że odpowiedzialność za ustalenie treści wiary potwierdzanej męczeństwem składały na prześladowców. To oni rozdawali role; oni definiowali, czym bądź kim jest chrześcijanin. Mnie pozostawałó jedynie zaakceptować (bądź nie) tę etykietkę. I nagle stanęła mi przed oczami scena następująca: ja tu (nie tyle ja-realna, ile ja-z-dawnych-fantazji) wypinam pierś i dumnie oświadczam "Christiana sum", wyciągając jednocześnie szyję w oczekiwaniu na cios miecza; a słuchacze patrzą bez zrozumienia i pytają "OK, ale o co właściwie chodzi? Co to za bydlę taka chrześcijanka i dlaczego my się mamy przejmować?" Postanowiłam zmodyfikować swoją fantazję, wprowadzając do niej autentyczny akt wiary. Wyznanie, które coś znaczy; zdanie, za które gotowa jestem umrzeć. Nie bardzo wiedząc, jak je samodzielnie sformułować, sięgnęłam po wyuczony tekst "Wierzę w Boga" i natychmiast przekonałam się, że bez wsparcia parafialnej wspólnoty ani Składu Apostolskiego, ani mszalnego Credo nie umiem wyrecytować bez pomyłki, co mnie strasznie zawstydziło. Wyobrażacie sobie kandydatkę na męczennicę, jak stoi na szafocie i duka "...Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy... nie, to nie to... i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jednorodzonego... eee... Jedynego, który z Ojca jest zrodzony..."? Symbole wiary dalej mi się czasem mylą, ale nie to jest najistotniejsze. W końcu nawet gdybym wykuła na blachę te dwa krótkie teksty (co nie jest takie znowu strasznie trudne), nie mogłabym odfajkować tej sprawy jako załatwionej. Wciąż stałoby przede mną jako zadanie do wykonania to zalecenie św. Piotra: bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest [1P 3:15].

2.2.07

Grosik do fontanny

Katechizm (2735) każe nam się dziwić, że gdy chwalimy Boga lub składamy Mu dziękczynienie za wszelkie dobrodziejstwa, nie troszczymy się o to, by wiedzieć, czy nasza modlitwa jest Mu miła; chcemy natomiast zobaczyć wynik naszej prośby. A ja się jakoś nie dziwię.

Nie dziwię się, że kto zwraca się do Boga z prośbą, ten pragnie, by ta prośba została spełniona. Dziwne by było, gdyby tego nie chciał. Każdemu chyba na czymś naprawdę zależy, a jeśli mu zależy, to logiczne, że prosi o to Boga. Jasne, że trzeba te nasze pragnienia oddawać Panu. Ale oddać pragnienie to naprawdę nie znaczy wmówić sobie, że go nie ma.
Czasem - paradoksalnie - tak bywa łatwiej. Łatwiej zrezygnować, poddać się, powiedzieć "nie to nie". Łatwiej przestać myśleć o tym, czego się tak bardzo pragnie i czego się nie dostaje. Nie jątrzyć rany. A już z całą pewnością nie modlić się o tę jedyną najważniejszą sprawę publicznie. Bo to tylko zgorszenie dla tych, którzy widzą, że modlę się i nie otrzymuję. I pytają "dlaczego", tak jak i ja pytam. I albo winią mnie, albo Pana Boga. A ja nie chcę, żeby moi przyjaciele winili mnie. I nie chcę, żeby winili Pana Boga.
A to nie tak. Żeby oddać Bogu swoje pragnienie - ten niegasnący płomień, ten cierń w sercu - trzeba je mieć. Nie ukrywać, nie wyrzekać sie go.

Z drugiej strony, nie dziwię się też, że nie zastanawiamy się, czy Panu Bogu miłe jest nasze uwielbienie i dziękczynienie. Przecież my naprawdę żadnym sposobem nie jesteśmy w stanie przydać Panu Bogu chwały! To nie Jemu, to nam są te wszystkie pienia potrzebne. Rzucamy je - jak grosik do fontanny, jak chleb rzucony do wody...
Wyrzuć swój chleb na powierzchnię wód -
a przecież po wielu dniach odnaleźć go możesz. [Koh 11:1]