30.11.06

Spotkać Jezusa

A choć władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa, jednakże to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym. [Deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich "Nostra aetate"]

No bo faktycznie. Trudno chyba wymagać od przeciętnego Żyda z pierwszego wieku, spokojnego rybaka czy kupca, aby osobiście sprawdzał wiarygodność każdego samozwańczego mesjasza - i obciążać go odpowiedzialnością, gdy się pomyli. Ufając swoim przywódcom religijnym, arcykapłanom i uczonym w Piśmie, taki człowiek czyni jedyną rozsądną rzecz. Podobnie jak współczesny chrześcijanin, który z pewnością zgłupiałby do reszty, gdyby miał osobiście prawdzać wiarygodność wszelkich samozwańczych wizjonerów i proroków. Bernadeta z Lourdes, Łucja z Fatimy, Vicka z Medugorje... Anna Katarzyna Emmerich, Vassula Ryden, Maria Valtorta... Ufając Kościołowi, czynimy jedyną rozsądną rzecz.

No dobrze - ale niektórzy Żydzi jednak uwierzyli w Jezusa. Choćby Apostołowie. Czyli dało się. Co takiego im to umożliwiło, czego ich pobratymcy nie mieli? Cóż - wszyscy oni Jezusa spotkali. Zostali wezwani osobiście, po imieniu. Popatrzono im w twarz. Kiedy Bóg spogląda komuś w twarz, to potem nic już nie jest takie samo.

A dziś? Czy ktoś, kto nie wierzy w Jezusa, może w Niego uwierzyć, skoro nie ma szans spotkać Go na ulicy?

Myslę, że tak. Bo może spotkać Go w nas. Ale to straszna odpowiedzialność jest.

22.11.06

Co poeta miał na myśli

"Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym", powiada Katechizm Kościoła Katolickiego za Summą teologii św. Tomasza z Akwinu. No pięknie ładnie, tylko ten sens dosłowny często wygląda na jakiś taki pomylony.
Następnie sporządził odlew "morza" o średnicy dziesięciu łokci, okrągłego, o wysokości pięciu łokci i o obwodzie trzydziestu łokci. [1Krl 7:23]
Znaczy, pi = obwód/średnica = 3?

Ludzie, którzy mu [Pawłowi] towarzyszyli w drodze, oniemieli ze zdumienia, słyszeli bowiem głos, lecz nie widzieli nikogo. [Dz 9:7]
"Towarzysze zaś moi widzieli światło, ale głosu, który do mnie mówił, nie słyszeli." [Paweł relacjonując to samo wydarzenie, Dz 22:9]
Znaczy słyszeli i nie widzieli, czy widzieli i nie słyszeli?

Zresztą, kiedy ktoś ma problemy z Bożym nakazem wyrzynania w pień plemion kananejskich albo czymś w tym rodzaju, to często słyszy odpowiedź: "bo tego nie można brać tak dosłownie". To w końcu jak to jest z tym sensem dosłownym?

Poniższe wyjaśnienie pochodzi od świętego Tomasza z Akwinu i wydaje mi się rozsądne. Natrafiłam na nie ostatnio dwa razy, otwierając przypadkową książkę w przypadkowym miejscu (jedną z ksiązek był Traktat o Bogu, czyli pierwsze 26 kwestii Summy z komentarzami, drugą - Sztuka i piękno w średniowieczu Umberta Eco, przeglądana bezmyślnie w jakiejś księgarni), więc chyba to ważne i powinnam napisać.

Otóż, sens dosłowny to to, co autor miał na myśli. To wbrew pozorom nie jest takie głupie. Ludzie się czasem mylą, przejęzyczają itp. Czasem posłużą się niezgrabną (albo i zgrabną, ale nierealisstyczną) metaforą, czasem wyrażą się nieprecyzyjnie bądź niejasno.

Zdarzyło mi się w życiu wykonywać pracę tłumacza. Tłumacz miewa podobne rozterki: autor coś tam napisał, oczywiście miał na myśli coś innego; czy w tej sytuacji tłumaczyć to co jest, czy to co ma być? Jeśli faktycznie jest oczywiste, jak poprawić błąd, to tłumaczy się jednak to co miało być. W ten sposób tłumacz wypełnia swoje właściwe zadanie, którym jest przekazanie myśli autora.

Podobne rozróżnienie pojawia się pzy okazji przypowieści ewangelicznych. Jeśli czytam:
Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę14, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. [Mt 21:33b-35]

to wiem, że te słowa są w (domyślnym) cudzysłowie; że ewangelista Mateusz nie chce powiedzieć, że jakiś faktyczny gospodarz stracił w ten sposób jakieś faktyczne sługi, ale jedynie, że Jezus taką historyjkę opowiedział. Jasne, prawda?

No tak - ten przypadek jest akurat ewidentny, ale bywają całe księgi Pisma, które są "w domyślnym cudzysłowie", których autorzy wcale nie mieli na myśli, że wydarzenia odbyły się dokładnie tak jak opisują. Czy psalmista pisząc
Na topolach tamtej krainy
zawiesiliśmy nasze harfy. [Ps 137:2]
myśli o instrumentach muzycznych faktycznie zawieszonych na gałęziach drzew, czy też przez ten surrealistyczny obraz chce przekazać tęsknotę za Jerozolimą, która odbiera chęć do śpiewania?

No dobrze - ale po czym właściwie mamy poznać, czy dany tekst stoi w domyślnym cudzysłowie? Tu się przydaje, oczywiście, zwykły zdrowy rozsądek, ale też egzegeza - czyli nauka o interpretacji tekstu. Cóż to za nobilitacja dla rozumu ludzkiego, dla metody naukowej!... Dzięki Ci, Boże!

11.11.06

Po co nam ta Polska?

Święto Niepodległości. W tym roku w sobotę, więc nie ma nawet dodatkowego wolnego dnia. Ktoś gdzieś pewnie odprawia mszę za ojczyznę, ktoś gdzieś moknie pod jakimś pomnikiem, drobni handlarze pośpiesznie nakrywają stragany folią. W Galerii Dominikańskiej pełno ludzi, zajęci oglądaniem, przymierzaniem, kupowaniem, do środka nie dociera ani deszcz, ani ten pożal-się-Boże świąteczny nastrój. Bo niektórzy to tak pytają: "po co nam ta Polska?" - rzuciła mimochodem Ania L. w trakcie naszej ostatniej rozmowy (szykowałyśmy spotkanie dyskusyjne o emigracji na środę), a ja jakoś nie mogę przestać o tym myśleć. Faktycznie, po co? Przecież "nie ma już Żyda ani Greka", przecież Europa się jednoczy, przecież żyjemy w globalnej wiosce, przecież liczą się "małe ojczyzny"... Nie wiem, jak "niektórzy", ale ja potrzebuję Polski. Potrzebuję jej może nie bardziej, ale i nie mniej, niż moich ojczyzn większych i mniejszych: Europy, Ziemi, Dolnego Śląska, Wrocławia. Tamte też są ważne i cenne, ale wspólnota narodowa ma swoją specyfikę nie do zastąpienia. I nie chodzi mi tylko o wspólnotę języka, choć zdarzało mi się znienacka usłyszeć polską mowę w hiszpańskim hipermarkecie czy na holenderskim lotnisku i zawsze niezmiernie mnie to cieszyło. Chodzi mi o wspólnotę tradycji, obyczaju, kultury. Chodzi mi o coś, co z braku lepszego słowa nazwę wspólnotą sztandaru. Sztandar sam w sobie nie przedstawia specjalnej wartości, a jednak traktuje się go jako bezcenny - i właśnie przez to traktowanie nabiera ceny. Jest czymś wystarczająco wielkim i ważnym, aby za niego ginąć - a najlepszy dowód to to, że ludzie faktycznie za niego ginęli. Pozwala czuć zbiorową dumę bez winy - bo nie z siebie jesteśmy dumni, ale z czegoś większego od nas, czego jesteśmy tylko depozytariuszami. Nie tylko małoduszny, ale zwyczajnie głupi jest argument ja sobie ojczyzny nie wybierałem, więc żadne obowiązki względem niej na mnie nie ciążą. To naprawdę nie jest tak, że lojalność obowiązuje wyłącznie względem tych wspólnot czy idei, które sami sobie wybraliśmy. Jest niemal dokładnie na odwrót. Co swobodnie wybrane, wolno swobodnie zmienić: poglądy polityczne, kierunek studiów, miejsce zamieszkania, miejsce pracy. Nawet akceptacja społeczna rozwodu wydaje się znacznie wyższa niż akceptacja społeczna np. zerwania stosunków towarzyskich z rodzeństwem. W rzeczywistości lojalność obowiązuje przede wszystkim wobec tego, co wyrosło samo z siebie i zostało nam dane jako dar. A czymś takim jest m.in. naród. (Albo rodzina. Albo łaska.) Jest tak po trosze i dlatego, że idea, którą świadomie wybieramy i w pełni kontrolujemy, może być tylko tak wzniosła i bogata, jak nasza świadomośc w momencie wyboru. Polskość jest pojęciem znacznie pojemniejszym niż cokolwiek, co mogłabym sobie sama wymyślić. Do polskości długo jeszcze będę dorastać. Polska to furkot huzarskich skrzydeł. To pokorna nieustępliwość Judymów i Siłaczek. To rozpaczliwe bohaterstwo powstańców Warszawy. To królewski gest Skłodowskiej, chrzczącej nowo odkryty pierwiastek "polonem". To sarmacka rubaszność. To biało-czerwona opaska na ramieniu strajkującego robotnika. To geniusz i szaleństwo Mickiewiczow i Witkacych. To roześmiana twarz Mateusza Kusznierewicza. To kunszt ludowego świątkarza, rzeżbiącego w miękkim drewnie figurkę Chrystusa Frasobliwego (podobno takich przedstawień postaci Zbawiciela nie spotyka się nigdzie poza terenami niegdysiejszej Rzeczypospolitej Obojga Narodów). To zwycięska wyprawa Sobieskiego, wspierana modlitwą królowej Marysieńki i ukoronowana tym porażającym swą lakonicznością, a pełnym godności listem do papieża "Veni. Vidi. Deus vincit." To krakowska kierezja i góralska gunia. To rumiane od mrozu dzieciaki, jeszcze za mojej pamięci chodzące po domach "z Herodami". To "długie nocne rodaków rozmowy". To uczciwe zeznanie podatkowe. To łza kręcąca się w oku, kiedy Jacek Kowalski śpiewa "Psalm rodowodowy".
Ale jeszcze nie jest pobity Świetny okręt Rzeczpospolitej; Czasem we śnie widzę nagle, Jak rozwija świetne żagle, Hardym dziobem fale rozpruwa, Liczna, bitna załoga czuwa, Złoty sztandar podniesiony, Aż ocieram łzę, wzruszony. Republiko! gdzie się zataczasz, W jakie obce porty znów zbaczasz, A z ojczystej twojej strony Czyj dom będzie uczyniony? - Ja się zowę rzeką podziemną, Bóg jest ze mną, orzeł nade mną; Choć się skryję, to wypłynę, A bądź pewien, że nie zginę.
Co? A tak, owszem. Kartka wyborcza też.

8.11.06

Pochwała niekompetencji

W ostatnią niedzielę miałam okazję wysłuchać homilii zaczynającej się od myśli następującej:
Są rzeczy, które trzeba robić po kolei. Na przykład pieczenie naleśników. Najpierw robi się ciasto, bo to trochę trwa, a dopiero potem rozgrzewa tłuszcz na patelni; gdyby postąpić odwrotnie, tłuszcz by się spalił i naleśniki by się nie upiekły.

Zapamiętałam to, bo nic mi się nie zgadzało. Naleśników się nie piecze, tylko smaży, nie mówiąc już o tym, że miksowanie ciasta naleśnikowego idzie szybko i często robię to podczas rozgrzewania patelni (jako że patelnię mam grubodenną, a na niedogrzanej naleśniki kiepsko wychodzą). Ale uwaga: mimo to, że szczegóły techniczne były kompletnie pomylone, główną myśl (tę o konieczności zachowania właściwej kolejności) dało się doskonale odczytać. Taki "nieudany" przykład nawet bardziej pobudza do myślenia i prowokuje próby znalezienia własnego, lepszego.

Kazanie nie ma być książką kucharską, ale głoszeniem Słowa Bożego. Nie ma znaczenia, jeśli szczegóły techniczne dotyczące innych spraw są podane nieściśle. Liczy się sens.

Tak jak z Pismem świętym.
W Piśmie świętym Bóg mówi do człowieka w sposób ludzki. Aby dobrze interpretować Pismo święte, trzeba więc zwracać uwagę na to, co autorzy ludzcy rzeczywiście zamierzali powiedzieć i co Bóg chciał nam ukazać przez ich słowa. [Katechizm Kościoła Katolickiego 109]

Jasne, zamiast poematu o stworzeniu Księga Rodzaju mogłaby podać jakiś tekst bardziej spójny z ustaleniami dwudziestowiecznej nauki. "I rzekł Bóg: Niech dana będzie koneksja na U(1)-wiązce. I stało się światło." Tylko po co? Przecież nie o to chodzi. Nie mówiąc już o tym, że poemat o stworzeniu zgodny z ustaleniami dwudziestowiecznej nauki byłby zapewne niezrozumiały i nieprzekonujący dla ludzi wieku pierwszego czy dziesiątego - a dla ludzi wieku trzydziestego naiwny i równie nieprzekonujący.

5.11.06

Sprzeczność w matematyce

Sobór Watykański II wskazuje na trzy kryteria interpretacji Pisma świętego, odpowiadające Duchowi, który je natchnął: [...]
3. Uwzględniać "analogię wiary". Przez "analogię wiary" rozumiemy spójność prawd wiary między sobą i w całości planu Objawienia.

Jeśli coś (w Piśmie świętym) nie trzyma się kupy, to prawdopodobnie źle to rozumiem.

To jest trochę podobne do czegoś, co regularnie zdarza się przy czynnym uprawianiu matematyki. Zastanawiając się nad badanymi obiektami, prowadząc rozumowania, w pewnym momencie coś się przestaje zgadzać. Na to samo pytanie dostajemy dwie różne odpowiedzi, w zależności od drogi, którą do nich dochodzimy. Mówimy wtedy "znalazłem sprzeczność w matematyce" - i usilnie dokładamy starań, żeby tę sprzeczność rozwiązać, to znaczy: żeby znaleźć miejsce, w którym popełniliśmy błąd. Teoretycznie zdajemy sobie sprawę, że ten wisielczy żart może być prawdziwy, że matematyka naprawdę może być sprzeczna; ale nie bierzemy tego poważnie, uparcie szukamy błędu we własnym rozumowaniu. Zresztą, gdyby matematyka okazała się sprzeczna, to przecież świat by się nam zawalił.

I tak samo zachowuję się, kiedy znajdę rzekomą sprzeczność w Piśmie świętym czy w nauce Kościoła: szukam błędu we własnym rozumieniu. Bo gdyby błąd był w Piśmie, a nie we mnie, to świat by mi się zawalił.

Ta zasada sprawdza się zresztą doskonale również w stosunkach międzyludzkich: najpierw szukać błędu we własnym rozumieniu. Jeśli to, co mówi mój rozmówca, nie trzyma się kupy, to prawdopodobnie źle go rozumiem. Jeśli to, co mówi, brzmi skandalicznie, to prawdopodobnie źle go rozumiem. Jeśli w tym, co mówi, widzę sprzeczność, to prawdopodobnie źle go rozumiem. Takie założenie chroni przed potępianiem w czambuł, pozwala zachować nadzieję na porozumienie.

3.11.06

Twierdzenie Gödla

Nemo testis idoneus in propria causa. (Nikt nie jest odpowiednim świadkiem we własnej sprawie.) [łacińska sentencja prawnicza]

Skąd wiadomo, że należy wierzyć słowom zapisanym w Biblii? Na pewno nie z samej Biblii. Nawet Ewangelia podlega "Gödlowskiemu" ograniczeniu: nie może dowodzić sama siebie.

Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? Żeby nie zgubić się w obliczu tego pytania, przypomnijmy rzecz absolutnie podstawową: Początkiem, istotą i pełnią naszej wiary jest Jezus Chrystus, Syn Boży i nasz Odkupiciel, który żyje i który prowadzi nas do życia wiecznego. Nie dlatego wierzymy w Chrystusa, że mówi nam o Nim Pismo Święte, ale dlatego Biblia jest dla nas Pismem Świętym, że wynika to z naszej wiary w Chrystusa, Syna Bożego.

Zastosujmy tę zasadę najpierw do Starego Testamentu. Nie dlatego stanowi on dla nas słowo Boże, że jest religijną księgą Żydów, ale dlatego, że tę religijną księgę Żydów Chrystus nauczył nas traktować jako Pismo Święte. [...]
Co do Nowego Testamentu, to wręcz taka była chronologia, że najpierw uwierzono w Chrystusa i tę Dobrą Nowinę o zbawieniu głoszono innym, a dopiero potem zostały napisane Ewangelie i listy apostolskie. Jak doszło do tego, że teksty te zostały uznane za Pismo Święte? Są na to dwie odpowiedzi: odpowiedź niewiary i odpowiedź wiary. Z perspektywy niewiary wydaje się rzeczą logiczną przyjąć, że to Kościół -- zwłaszcza w osobach Apostołów oraz ich następców -- zdecydował o tym, że te, a nie inne księgi stanowią Pismo Święte.

Dla wiary stanowisko takie jest nie do przyjęcia i ma właściwie wszystkie cechy bluźnierstwa. Bo jeśli Pismo Święte jest naprawdę słowem Bożym, to jest nim od samego początku, a nie dopiero wskutek tego, że ktoś je uznał za słowo Boże. Zarazem wiara nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że Bóg chciał, aby Ewangelie oraz inne święte pisma Apostołów powstały w Kościele i żeby przez Kościół zostały rozpoznane jako słowo Boże. Inaczej mówiąc, księgom natchnionym nie była potrzebna ratyfikacja Kościoła, ale było rzeczą po prostu niemożliwą, żeby nie zostały one rozpoznane przez Kościół jako księgi natchnione.

To jest oczywistą konsekwencją naszej wiary w Chrystusa Zbawiciela: Jeśli wierzymy, że Syn Boży stał się człowiekiem i naszym Zbawcą, to już doprawdy małodusznością byłoby posądzić Pana Boga o to, że nie zatroszczył się o nieomylny i napełniony Jego mocą przekaz tej radosnej nowiny albo że dopuścił do tego, że któraś z natchnionych przez Niego ksiąg nie została przez Kościół rozpoznana, albo że jakiś czysto ludzki podrzutek -- choćby nawet zawierał samą prawdę -- wszedł na trwałe do zbioru ksiąg świętych. Wierząc w Chrystusa, wierzymy przecież, że został nam dany Duch Święty, który "nas wszystkiego uczy i przypomina nam wszystko, co On nam powiedział" (J 14,26).
[Jacek Salij, Skąd wiadomo, że Pismo Święte jest Pismem Świętym? w: Pytania nieobojętne]

Nie chciałeś, Panie, żebym błądziła w ciemności. Nie chciałeś, żebym musiała polegać na sobie; żebym w trwodze badała Pisma, wciąż niepewna, czy poprawnie odczytuję Twoje Słowo. Nie chciałeś, abym została sama.

Ego vero Evangelio non crederem, nisi me catholicae Ecclesiae commoveret auctoritas. (Nie wierzyłbym Ewangelii, gdyby nie skłaniał mnie do tego autorytet Kościoła katolickiego) [Św. Augustyn]

1.11.06

Role models

Jest takie określenie w amerykańskiej angielszczyźnie: role model. Oznacza osobę, na której się wzorujemy i którą naśladujemy w wypełnianiu jakiejś specyficznej roli społecznej, takiej jak np. bycie żoną, naukowcem, przyjacielem. Dużo łatwiej jest podjąć jakąś rolę, jeśli ma się dobry model. Dobry model to taki, który dobrze spełnia rolę, o którą chodzi; ale też taki, który jest do nas pod różnymi względami podobny. Próba naśladowania kogoś, kto ma zupełnie inne uwarunkowania, może okazać się dosyć frustrująca.

Następujący przykład może wyjaśnia, co mam na myśli. Wybitna amerykańska matematyczka Dusa McDuff (rocznik 1945) w autobiograficznym szkicu skarży się, że jako studentka miała trudności ze znalezieniem role models. Dusa ma przez to na myśli, że w czasach jej młodości praktycznie nie było kobiet-matematyczek. Oczywiście, mogłaby wzorować się na matematykach-mężczyznach (i zapewne to robiła); ale kobieta pragnąca poświęcić się karierze naukowej (nie rezygnując przy tym z założenia rodziny) musi mierzyć się ze specyficznymi problemami i przykład mężczyzny jej w tym najprawdopodobniej nie pomoże. Widząc swoich starszych kolegów po fachu otoczonych czułą opieką żon miałaby pełne prawo zapytać z goryczą: jak mogę naśladować wasze oddanie nauce, skoro ciążą na mnie obowiązki żony i matki?

Można czasem usłyszeć (najczęściej od protestantów, przeciwnych kultowi świętych, ale nie tylko), że branie przykładu ze świętych to pomyłka i że Jednego tylko mamy naśladować: Chrystusa Jezusa. Coś w tym jest; ale o ile pierwsze kryterium dobrego role modela Jezus oczywiście spełnia z naddatkiem, to z drugim kryterium może być kłopot. W zasadzie każdy z nas ma pełne prawo zapytać z goryczą: jak mam Cię, Panie, naśladować, skoro nie jestem Żydem, tylko Polakiem? skoro nie jestem cieślą, tylko informatykiem? skoro mam pięćdziesiąt lat (a Ty takiego wieku na ziemi nie dożyłeś)? skoro nie mogę chodzić i jeżdżę na wózku?

Takich pytań można stawiać tysiące, a na każde z nich odpowiedzią jest żywy człowiek, któremu się to udało. Role model. I te odpowiedzi Kościół stawia nam przed oczami w postaci świętych Pańskich.

Jak mam Cię naśladować, skoro jestem Polakiem?
Tak, jak to czynili przede mną polscy święci.
Jak mam Cię naśladować, skoro jestem staruszkiem?
Tak, jak to czynili przede mną liczni święci zmarli w podeszłym wieku.
Jak mam Cię naśladować pośród prześladowań?
Tak, jak to czynili chociażby męczennicy.

Na koniec uwaga: pośród tych pytań jest jedno szczególnie fundamentalne (dlatego, że różnica utrudniająca naśladownictwo bezpośrednie jest tu szczególnie fundamentalna). Pytanie to brzmi:
Jak mam Cię naśladować, skoro jestem kobietą?
Odpowiedź też jest szczególnie fundamentalna. A odpowiedzią tą również jest człowiek. Mianowicie Najświętsza Maria Panna.