5.6.07

Ciało - twierdza seksualności

Taki tytuł nosi jeden z paragrafów artykułu Wojciecha Ziółkowskiego "Imperium ciała", który czytaliśmy przed spotkaniem na temat ciała właśnie. I faktycznie, również w trakcie rozmowy padały takie stwierdzenia, że ciało to się przede wszystkim z seksem/seksualnością kojarzy, że jakoś w tym aspekcie najbardziej ono się odzywa, najbardziej jest widoczne. Czy ja wiem? Mnie się ciało kojarzy z wiosennym deszczem, z truskawkami i czekoladą. Z seksem też, ale w dalszej kolejności. Spytałam męża - powiedział, że z szynką. A przecież nie jesteśmy jacyś aseksualni, lubimy seks, dobrze nam razem w łóżku. Co więcej, to raczej po licznych singielkach z 3/4 spodziewałabym się, że swoją cielesność będą przeżywały przede wszystkim w aspektach innych niż seksualne. Więc zdziwiłam się. Chyba że... głodnemu chleb na myśli?

15.4.07

Mieszane uczucia

Kontekst: wprosił się do nas na Wigilię Paschalną (i następujące po niej - między 1:00 a 3:00 w nocy - śniadanie wielkanocne) przyjaciel-ateista. Odstał grzecznie trzy godziny w kościele, klękając w stosownych momentach; przeszedł całą trasę procesji, podzwaniając pożyczonym dzwonkiem; przyłapany na śpiewaniu "Alleluja" wyparł się, że to niechcący.

Poniższą rozmowę z mężem odbyłam parę dni później.

- Wiesz, ale ja mam mieszane uczucia wobec P. na Wigilii Paschalnej.
- No ja w sumie też, ale czemu?
- Bo ja wiem? No bo po co on tam poszedł? Nastał się, namęczył...
- Co namęczył? Dla młodego zdrowego chłopaka postać trzy godziny to jak splunął.
- Ja tam się na młodych chłopakach nie znam, nigdy takowym nie byłam, ale mnie na przykład bolą nogi i kregosłup, jak tyle stoję. To znaczy akurat na Wigilii nie było tak źle, w Wielki Piątek mnie kręgosłup rozbolał okropnie.
- To bardzo stosownie, chociaż wbrew kazaniu.
- Hehe. A po drugie, on sam mówił, że się nastał i teraz musi się zastanowić, w imię czego.
- To niech się zastanawia. Dla mnie to jest jasne: dla większej chwały Bożej.
- Ale on chyba tak o tym nie myśli...
- Ale obiektywnie to chyba tak właśnie jest. Może Duch Święty go tam wysłał, żeby śpiewał Alleluja w imieniu wszystkich Żydów-ateistów?
- Żydów?
- Może matematyków-ateistów, wszystko jedno. Po prostu jest taki poziom, na którym nie ma znaczenia, co on o tym myśli. Opasali go i poprowadzili, dokąd nie chciał.
- No dobra. Ale jest taki poziom, na którym P. podejmuje świadomą decyzję pójścia na Wigilię Paschalną. I mnie o ten poziom chodzi.
- No ale w czym problem?
- Jakby ci to wytłumaczyć... Powiedzmy, że jest chłopak. Nieśmiały, wrażliwy. Zakochuje się w koleżance z klasy, ale nie bardzo ma odwagę jej o tym powiedzieć. Więc wymyśla sobie, że przyniesie jej do szkoły na imieniny bukiet róż, żeby w ten sposób okazać, że czuje do niej coś szczególnego.
- OK.
- No dobra, Więc przychodzi z tym bukietem, a kumpel się go pyta, o co chodzi. No to ten mówi, że to dla tej dziewczyny, że ona ma imieniny. A kumpel radośnie stwierdza: "Świetny pomyśł!", wyskakuje na przerwie do kwiaciarni i też jej przynosi bukiet róż. No to to będzie strasznie wkurzające dla tego pierwszego.
- Dla niego tak, bo wyraźnie ktoś mu tu coś psuje. Ale obiektywnie nic tu złego nie ma, kumpel ma prawo tak się zachować. To jest kwestia dojrzałości tego pierwszego chłopaka, żeby to zaakceptować. Ale jak to się ma do P.?
- No bo widzisz: jak ja idę na procesję rezurekcyjną, to idę po to, żeby wyznać wiarę w Zmartwychwstanie Chrystusa, a nie po to, żeby sobie podzwonić. I jeśli obok mnie idzie ktoś, kto chce sobie po prostu podzwonić, to mnie to coś psuje. Tak jak temu chłopakowi od bukietu róż. Ja rozumiem, że obiektywnie ma prawo, ale uczucia mam mieszane.
- Ale mówisz o procesji czy o Wigilii?
- O procesji głównie, ale o Wigilii trochę też. W takim wymiarze, w jakim to jest ofiara, w jakim się męczy staniem, więc to musi być "w imię czegoś".
- OK. Ale chyba nie myślisz, że P. poszedł po prostu sobie podzwonić?
- No nie. Ale mimo wszystko, nie poszedł z wiary, OK? Wiesz, ja kiedyś czytałam na jakimś amerykańskim forum dyskusję o Eucharystii. Tam byli jacyś protestanci, którzy bronili tezy, że oni też traktują Eucharystię poważnie. Toczyła się dyskusja, latały wielkie słowa: uczta jedności, pamiątka Ostatniej Wieczerzy itp., aż w końcu jakiś katolik zadał tym protestantom dwa proste pytania: czym oni odprawiają Eucharystię i co robią z tym, co pozostanie. Odpowiedzi były: Wonder Bread (to jest bodaj najtańsza marka chleba sprzedawanego w amerykańskich supermarketach, kwadratowe kromki nadające się tylko do tostowania) i sok winogronowy firmy Welch; resztki kruszymy dla ptaków. I w tym momencie zupa się wylała.
- Czekaj, z protestantami to chyba z góry wiadomo, że oni tę Eucharystię inaczej rozumieją.
- Niby tak, ale jak się zaczyna o tym rozmawiać teologicznym żargonem, to się wydaje, że z punktu widzenia prostego wiernego to są jakieś niestotne subtelności. W końcu ci protestanci też nie odprawiają tych swoich nabożeństw dla jaj, oni się szczerze modlą, wspominają Ostatnią Wieczerzę i zbawczą śmierć Chrystusa, budują jedność wspólnoty i tak dalej. Ale jak się przyjrzeć, to gołym okiem widać, że w porównaniu z tym, w co my wierzymy, to ten Wonder Bread kruszony dla ptaków to jest śmiechu warte.
- Masz rację, tu jest konkret. Tylko wiesz co? W porównaniu z Bogiem wszechmogącym ludzkie ciało to też jest śmiechu warte. A On je przyjął.
- Masz rację :).
- Wiesz, ja sobie serio myślę, że ten P. nie musi wiedzieć, po co on tam poszedł. To jest trochę tak, jak w dzisiejszym czytaniu. Może za trzydzieści lat P., dobry katolik, będzie powtarzał "czyż serce nie pałało we mnie?", wspominając tę Wigilię Paschalną.
- Myślisz? Może... Może nie.
- Może nie, może on nigdy do tego Emaus nie dojdzie. Ale na razie nie można mu zabraniać próbować.
- Ale ja mu nie zabraniam. Ja po prostu mam mieszane uczucia.
- A tak, tu cię rozumiem. Ja też mam.

Jajeczko z Golgotą

W centrach handlowych święta zaczynają się wcześniej. Nic dziwnego, że Wielki Tydzień w Galerii Dominikańskiej upłynął pod znakiem pisanek i innych wielkanocnych tradycji. Urządzono specjalny kącik dla dzieci, gdzie maluchy dostawały papier i kredki i mogły dać upust fantazji, wymyślając najróżniejsze wzorki pisankowe. Potem te rysunki (a przynajmniej najładniejsze z nich) powieszono na ścianie i wszyscy klienci Galerii mogli je podziwiać.

Wśród rysunków był jeden, który zwrócił moją uwagę. Ogromne jajo, zajmujące niemal całą kartkę A3, pokryte kompletnym miszmaszem wielkanocno-wiosennych motywów: kwiaty, zające, kurczaki... Nie było w tym widać żadnego porządku, rysunki różniły się między sobą rozmiarem i stylem (pod obrazkiem było kilka podpisów - dzieło zbiorowe).

Pośród tego wszystkiego wyróżniał się jeden szczególny motyw: wzgórze zwieńczone Krzyżem. Golgota. Precyzyjnie wykreślona ascetyczną brązową kreską, stojąca samotnie wśród wielobarwnych kwiatów, zajęcy, kurczaczków, pisanek.

Widziałam ją jeszcze w Wielki Piątek, kiedy (z poczuciem winy, bo przecież powinnam poboznie obchodzić Triduum) ganiałam po sklepach w poszukiwaniu wędlin na śniadanie wielkanocne i dodatków do ciast. Pomyślałam wtedy o tej Golgocie sprzed dwóch tysięcy lat, też stojącej samotnie pośród gwaru piątkowego popołudnia przed Paschą. I o tym, że dzisiejszy przedświąteczny rozgardiasz, który sama współtworzę, niewiele się od tamtego różni. I jeszcze o tym, że ten rozgardiasz będzie jeszcze trwał, kiedy my wieczorem zbierzemy się na Liturgii Męki Pańskiej.

Być znakiem sprzeciwu...

10.3.07

Z forum Katolika

Było na Forum Pomocy portalu Katolik.pl w czerwcu 2005. Przypomniało mi się, więc wklejam.

Alka napisała:
Przeczytałam temat, bardzo piękny pt.
"Namawiam: miejcie ludzie dzieci. To wielka łaska :)"

Dlaczego Pan Bóg nam poskąpił tej łaski?
Dlatego, żebyśmy adoptowali dziecko, trudne dziecko, chore - wiem. Ale zdarza się czasami, że małżeństwo które adoptuje dziecko, ma później swoje. Nam się to nie przytrafiło niestety.
Moje dziecko umarło. Bardzo wcześnie w 7 tygodniu życia (siódmym tygodniu od poczęcia, żeby była jasność). Był to wielki smutek. Niestety nie udało mi się pomimo kilkuletniego leczenia ponownie zajść w ciążę. Nigdy nie zostało wymazane z pamięci (dziecko), tego nie idzie zrobić. Czasami liczę ile by już miało lat, gdyby było dane mu żyć.
I tu własnie refleksja która mnie czasami nachodzi, po co ja w ogóle zachodziłam w ciążę jeżeli Bóg już wiedził, że ono nie będzie żyło? No bo Bóg wie wszystko.
Jeżeli jego życie nie pozwoliłoby na adopcję dziecka nam przeznaczonego (a tak na pewno by było, nie byłoby adopcji) to po co w ogóle powstało to życie? To miało być jakieś doświadczenie dla mnie? Nie za bardzo potrafię odgadnąć sens poronień.


A ja jej na to:
Alka...

Nie odważyłabym się pewnie nic napisać - bo co można napisać wobec takiego cierpienia, jak Twoje - gdyby nie to, że moja historia wykazuje pewne podobieństwo do Twojej. Po kilku latach starań i leczenia zaszłam w upragnioną ciążę. Byłam w euforii; wierzyłam, że stał się cud. Ale moje dziecko umarło prawie tak samo jak Twoje: w szóstym tygodniu od poczęcia. "To jest kpina, a nie cud!" - krzyczałam Bogu w twarz w bezsilnej złości.

Myliłam się. To był cud. Wyczekany, wytęskniony, wymodlony. Nowy człowiek, owoc naszej miłości, przez kilka tygodni rósł wewnątrz mojego ciała. Zdążyłam usłyszeć na USG bicie serca mojego dziecka. Otrzymałam więcej, niż miałam prawo żądać. Bo nikt nie ma prawa do dziecka, bo to Bóg jest Panem życia. Jestem Mu nieprawdopodobnie wdzięczna za każdą chwilę tych sześciu tygodni.

Że sześć tygodni to mało? No mało. A sześćdziesiąt lat to niby dużo? Z punktu widzenia wieczności to w zasadzie bez różnicy. Każdy w końcu umiera. I każdy potem zmartwychwstaje. Gdyby nasze dziecko się w ogóle nie poczęło, nie miałby kto zmartwychwstać.

Nie wiem, co mnie dalej czeka. Może kolejny, jeszcze wspanialszy cud: dziecko, które nie tylko się pocznie, ale też urodzi, zostanie ochrzczone i przeżyje wiele szczęśliwych lat. Może inny, także wspaniały cud: cud adopcji. Może życie spędzone bez dziecka w domu, w jakiejś innej formie służby dla bliźnich. Nie wiem; nie zrezygnowaliśmy jeszcze z leczenia, ani nie rozeznaliśmy swojego powołania, jeśli chodzi o ewentualną adopcję. Daliśmy sobie jeszcze kilka lat na decyzję.

Ale Ty, z tego co pisałaś, masz adoptowane dziecko. A skoro tak, to na pewno wiesz, ile jest na świecie niepotrzebnego cierpienia maleńkich dzieci w patologicznych rodzinach; ile czystych i schludnych domów dziecka, w których dają jeść, ale nie dają miłości. I może żałowałaś czasem, że nie mogłaś być ze swoim adoptowanym dzieckiem wcześniej, od samych narodzin (jeśli nie jeszcze wcześniej), bo przecież Ty je tak bardzo kochasz, nie to co tamci, uchroniłabyś je przed wszystkimi zranieniami.

A ja sobie myślę, że choćbym była najlepszą matką na świecie, to jestem tylko człowiekiem. Czasem zmęczonym, czasem w złym humorze, czasem czegoś nie rozumiejącym czy nie umiejącym zrobić. Mimo najszczerszych starań, czasem ranię ludzi; i zapewne nieraz zraniłabym swoje dziecko, gdyby nadal było ze mną. W porównaniu z tym, co może mu zapewnić Pan Bóg, cała moja miłość jest warta tyle, co pocałunek matki-pijaczki, która przecież też kocha swoje dziecko, nawet jeśli za godzinę zapomni o nim, żeby iść do knajpy.

Bardzo kocham swoje zmarłe dziecko i często o nim myślę. Chciałabym, żeby wyrosło na dobrego człowieka. Jestem pewna, że tak się stanie; w końcu Pan Bóg osobiście zajął się jego wychowaniem. (To dotyczy, oczywiście, również Twojego dziecka.)

Zacytuję Ci jeszcze wierszyk, który zaczęłam pisać leżąc w szpitalu z zagrożoną ciążą, a skończyłam już po poronieniu:


Człowiek się nie rodzi, człowiek się ślimaczy:
musi długo rosnąć, nim go ktoś zobaczy.
Wpierw jest bladą kreską na ciążowym teście
(bledszą niż nadzieja, ulotną jak szczęście);
jest tkliwością piersi i bólem podbrzusza,
gdy się w ciele wierci dodatkowa dusza;
w ultrasonografie pulsującą plamą;
krwi serdecznej rytmem: "mamo-mamo-mamo-"...
Jeśli teraz umrze, pozostanie cieniem:
bez płci, twarzy, głosu, z niepewnym imieniem,
ubogi powróci do ojczyzny w Niebie.
Nie poznawszy świata, nie pozna sam siebie.
Lecz gdy go ogarnie światłość niezmierzona,
jak wpierw ogarniała ciemność matki łona,
ujrzy nasze twarze opłukane łzami
i tę, z której powstał: miłość między nami.

9.3.07

Tak miało być?

Ludzie w obliczu nieszczęścia mówią "Bóg tak chciał", "tak mu było pisane", "tak miało być". Moja mama i babcia zawsze mówiły "tak miało być". Sama tak czasem mówię do tej pory - tak głęboko to we mnie utkwiło.

Nigdy mi się to nie kłóciło z obrazem Boga, który jest miłością. Co najwyżej z obrazem Bożej Wszechmocy: Bóg mojej mamy potrafi niekiedy odwrócić wyrok fatum, ale czyni to z rzadka, jakby kosztowało Go to wiele wysiłku. Jeśli nieszczęście faktycznie się zdarza, to po prostu znaczy, że tym razem się na ten wysiłek nie porwał.

Z czasem doszłam do wniosku, że to kwestia psychicznej samoobrony. Każde nieszczęście musi mieć winowajcę. Jeśli można je jednoznacznie przypisać "złemu człowiekowi" - kierowca popełnił błąd, lekarz zlekceważył objawy, kominiarz źle wyczyścił komin - to wszystko jest w porządku. X nas skrzywdził, my po chrześcijańsku wybaczamy Xowi (wybaczanie akurat wychodzi nam nieźle, co najwyżej z lekkim poczuciem wyższości), życie toczy się dalej. Ale jeśli jedynym bezpośrednio zaangażowanym w sprawę człowiekiem jestem ja (albo ktoś mi bliski), to zwyczajnie nie potrafię przyjąć odpowiedzialności. Zwyczajnie jestem za słaba. Mogę ponieść konsekwencje, ale nie jestem w stanie powiedzieć sobie: to ja jestem winna.

No bo jak? To ja jestem winna śmierci mojego dziecka? Bo nie dopatrzyłam, nie dopilnowałam? Bo za dużo wstawałam z łóżka, bo mimo wątpliwości posłuchałam lekarki i odstawiłam leki, bo nie upomniałam się o swoje? Bo "niektórzy ludzie nie powinni mieć dzieci"? Nonsens? Nonsens, ale ta myśl wraca i zwykłe "to nie tak" na nią nie pomaga. Nie sposób się przed nią obronić inaczej, niż wskazując innego winowajcę.

(Jest taka scena w "Roku 1984" Orwella. Przesłuchujący Winstona O'Brien grozi mu zamknięciem głowy w klatce z wygłodniałymi szczurami. Winston ma uraz do szczurów, perspektywa tej tortury go przeraża, to dla niego najkoszmarniejsza rzecz na świecie. W ostatniej chwili przychodzi mu do głowy "zbawienna myśl. Był tylko jeden, jeden jedyny sposób ratunku. Musi odgrodzić się od szczurów ciałem innego człowieka.")

Stąd się bierze wzajemne obwinianie, pretensje, żale. W takim stanie można wykrzyczeć najukochańszemu człowiekowi "to wszystko przez ciebie!" i zranić go do głębi. Albo samemu zostać zranionym, kiedy najukochańszy człowiek broni się przed zranieniem krzykiem, obojętnością, gryzącą ironią.

Czasem - rzadko - przyjmuję winę. Tak, to ja nie zadbałam, nie dopilnowałam, to ja cię skrzywdziłam. Nasza miłość jest dość silna, żeby unieść taki ciężar. Nie wiń siebie, obwiń mnie - i przebacz. Żebyś nie musiał sam sobie przebaczać, bo to trudniej. Dużo, dużo trudniej.

Ale jest Ktoś, który zawsze przyjmie winę na siebie. Kto już raz wziął na siebie wszystkie nasze grzechy. Kto stoi i milczy - "jak baranek na rzeź prowadzony" - i nie protestuje, kiedy wykrzykuję Mu wszystkie moje pretensje. I pewnie nie zaprotestowałby nawet, gdybym podeszła do ołtarza, złapała monstrancję i rąbnęła nią o ziemię (ostatnio na adoracji ojciec ją tak kusząco wystawił na samym skraju, zamiast schować bezpiecznie za tą kratką nad tabernakulum...). Ktoś, do Kogo mój ślepy wrzask "to wszystko przez ciebie" z całą pewnością się stosuje, bo On jest tym Słowem, o którym napisano "wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało".

25.2.07

Rady ewangeliczne

Czystość, ubóstwo, posłuszeństwo. Ślubują je zakonnicy. Czy rady kierowane są tylko do nich?

Myslę, że nie. Myślę, że każdy, komu przyszło wieść życie w czystości (w sensie seksualnej abstynencji, bo oczywiście czystość stosowna do stanu obowiązuje wszystkich), choćby z najbardziej prozaicznej przyczyny, może odnajdywać w niej religijny sens. Myslę, że każdy, kto wybiera zawód szlachetny, acz kiepsko płatny, może o tej decyzji myśleć jako o decyzji dobrowolnego ubóstwa. Ale z posłuszeństwem jest jednak o tyle trudniej, że trzeba mieć komu być posłusznym. Jest to - chyba - jedno z pragnień, których zaspokojenia poszukują ludzie u kierownika duchowego.

14.2.07

Teologiczny test Turinga

Test Turinga został oryginalnie wymyślony w celu rozstrzygnięcia, czy komputery mogą myśleć. Osoba przeprowadzająca test ma osądzić na podstawie przebiegu swobodnej konwersacji, czy jej rozmówca jest człowiekiem czy maszyną. Zakładamy, że konwersacja ta toczy się za pośrednictwem klawiatury i ekranu lub podobnego medium, aby wyeliminować niesprawiedliwe traktowanie komputera: ocenie ma podlegać zawartość wypowiedzi, nie zaś zdolność symulowania naturalnie brzmiącej mowy. Komputer, który w tych warunkach jest w stanie skutecznie udawać człowieka, zostaje uznany za myślący. (Człowiek, którego testujący uzna za maszynę, dowiedzie niedoskonałości testu.)

Z różnych względów test Turinga wydaje mi się użyteczną metaforą odnajdywania działania Boga w moim życiu. W teście Turinga pojedyncza wyjątkowo inteligentna odpowiedź może trafić się bezmyślnej maszynie przypadkiem, jak ślepej kurze ziarno, i dlatego ma mniejszą wagę dowodową niż konsekwentnie okazywany zdrowy rozsądek (choć pojedyncza wyjątkowo inteligentna odpowiedź może odegrać rolę języczka u wagi, pozwalając testującemu ostatecznie nabrać przekonania, że ma do czynienia z istotą ludzką). Podobnie, jakiekolwiek pojedyncze wydarzenie z mego życia ma dla mnie mniejszą wagę dowodową niż konsekwentnie obserwowany podskórny prąd wydarzeń, w którym różne drobiazgi mają swoje miejsce i składają się razem na obraz świata, który nie jest kompletnie przypadkowy, ale zmierza w jakimś kierunku, niczym fabuła dobrej powieści.

Nie zostałam nigdy uzdrowiona z żadnej poważnej choroby. Ale wielokrotnie zdarzało się, że moje (fizyczne bądź nie) cierpienia nagle okazywały się nagle bardziej znośne, kiedy czyniłam świadomy wysiłek, aby zaakceptować je jako sposób uczestnictwa w cierpieniu Chrystusa.

Nie przeżyłam nigdy niczego podobnego do prywatnego objawienia: żadnych wizji, głosów itp. Ale doświadczyłam niejednego nagłego olśnienia, kiedy odpowiedź na dręczące mnie pytanie stawała się nagle tak oczywista, jak niedostępna wydawała się chwilę wcześniej (pytania te dotyczyły spraw z zakresu rozpościerającego się od analizy fourierowskiej, poprzez sensowność podzielenia grupy biblijnej na dwie mniejsze, aż po sposób poradzenia sobie z pokusami). Olśnienia te poprzedzone były momentami najintensywniejszej koncentracji na modlitwie, jakie kiedykolwiek przeżyłam.

Nigdy nie mówiłam językami. Ale wielokrotnie dziękowano mi za użycie akurat tej a nie innej frazy akurat w tym konkretnym momencie, kiedy okazała się ona dla rozmówcy szczególnie znacząca. Podziękowania te przyjmowałam z pokornym zdumieniem, bo mnie samej to co mówiłam najczęściej wydawało się bądź to oczywiste i oklepane, bądź też nie do końca tym, co naprawdę chciałam powiedzieć.

Postacie eucharystyczne wyglądają i smakują dla mnie jak zwykły opłatek. Ale wielokrotnie obserwowałam, że różne sprawy z mojego życia wyglądają inaczej i do innych wniosków dochodzę, kiedy myślę o nich w kaplicy adoracji, twarzą w twarz z Chrystusem w Najświętszym Sakramencie, niż gdziekolwiek indziej.

Każda z poszczególnych egzemplifikacji wyżej opisanych prawidłowości daje się sama w sobie wytłumaczyć bez wspominania o Bogu: przypadkiem, naturalnymi mechanizmami psychologicznymi itp. W całym swym nagromadzeniu jednak nieodparcie narzucają mi one wrażenie, że koleje mojego życia podlegają kontroli potężnej a życzliwej Istoty dysponującej własną wolą i inteligencją, która to Istotę nazywam Bogiem. Na ile potrafię to ocenić, Bóg zdał mój osobisty test Turinga.

Oczywiście, żaden (skończony) test Turinga nie jest nieomylny. Nieważne, jak sprytnie testujący przepytuje testowanego, prawdopodobieństwo tego, że prosty program udzielający losowych odpowiedzi odpowie “prawidłowo” (tj. w sposób, który skłoni testującego do wierzenia, że ma do czynienia z człowiekiem) jest niezerowe. (Tym bardziej może sobie z tym zadaniem poradzić skomplikowany program, zawierający specjalne procedury dla “rozumienia” i przetwarzania informacji. Czasami to się rzeczywiście zdarza, może nie w kontekście faktycznego testu, ale wszędzie tam, gdzie “boty” spotykają się z ludźmi na równych prawach, np. na internetowych czatach i kanałach IRC.) Nie oznacza to, że test Turinga jest bezwartościowy i należy z niego zrezygnować. Przede wszystkim, nie mamy nic w zamian. W rzeczywistości nasza wiara w to, że inni ludzie są podobnymi do nas, myślącymi i świadomymi istotami, opiera się na niczym innym jak nieświadomie przeprowadzonym teście Turinga: jeśli ktoś zachowuje się w sposób, którego spodziewalibyśmy się po człowieku, to jest człowiekiem.

Tak więc, nie dysponuję ścisłym dowodem tego, że inni ludzie są świadomi siebie tak jak ja. Jedynie wierzę w to; ale wierzę niebezpodstawnie: mam swoje powody. Te powody można opisać mówiąc, że zdali oni test Turinga, który przeprowadziłam (nie znaczy to, że rozmyślnie testowałam kogokolwiek).

Zupełnie analogicznie, nie dysponuję ścisłym dowodem istnienia Boga ani możliwości kontaktu z nim. Jest do pomyślenia, że wszystko, co interpretuję jako jego działanie w moim życiu w rzeczywistości zdarza się samo przez się, po prostu dlatego że tak się ułożyły okoliczności we Wszechświecie, bez jakiejkolwiek woli czy inteligencji, która by za tym stała. Mimo to wierzę, że jest Bóg – wszechmocny, wszechwiedzący i miłujący – i że jestem w swego rodzaju (niedoskonałym) kontakcie z nim. Wierzę niebezpodstawnie: na ile potrafię to ocenić, Bóg zdał mój osobisty “teologiczny test Turinga”.

12.2.07

Wyznanie wiary

Wśród pouczeń, jakie w toku chrześcijańskiego wychowania otrzymuje przeciętne dziecko, jest także i to: że do wiary należy się otwarcie przyznawać, choćby groziło to prześladowaniem. W moim przypadku pouczenie to przyszło poparte inspirującym a melodramatycznym przykładem męczenników (tych rzymskich, z pierwszych wieków, jak i późniejszych misjonarzy). Pamiętam swoje niezwykle romantyczne dziecinne fantazje, w których za mężne wyznanie wiary płaciłam co najmniej ścięciem bądź rozstrzelaniem, a niekiedy spłonięciem żywcem na stosie (po lekturze "Winnetou" do repertuaru moich wyimaginowanych prześladowców dołączył indiański pal męczarni). O ile jednak moment męczeńskiej śmierci bywał w moich fantazjach dopracowany do perfekcji, o tyle prowokujące ją wyznanie wiary najczęściej sprowadzało sie do prostego i dość naiwnego oświadczenia "wierzę w Boga" (ewentualnie "w Chrystusa"). Z czasem zaczęłam wyrastać z dziecinnych fantazji, zmieniły się też moje lektury. Bodajże w "Zakonnicy" Diderota (acz mogę się mylić) natrafiłam na scenę, w której przesłuchujący żądają od tytułowej bohaterki "uczynienia aktu wiary" - a ona składa wyznanie, będące w zasadzie kilkuzdaniowym streszczeniem katolickiej teologii. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że moje dziecinne wyobrażenia, oprócz kompletnego braku wyobraźni co do realności cierpień fizycznych, grzeszyły naiwnością róznież w tym zakresie, że odpowiedzialność za ustalenie treści wiary potwierdzanej męczeństwem składały na prześladowców. To oni rozdawali role; oni definiowali, czym bądź kim jest chrześcijanin. Mnie pozostawałó jedynie zaakceptować (bądź nie) tę etykietkę. I nagle stanęła mi przed oczami scena następująca: ja tu (nie tyle ja-realna, ile ja-z-dawnych-fantazji) wypinam pierś i dumnie oświadczam "Christiana sum", wyciągając jednocześnie szyję w oczekiwaniu na cios miecza; a słuchacze patrzą bez zrozumienia i pytają "OK, ale o co właściwie chodzi? Co to za bydlę taka chrześcijanka i dlaczego my się mamy przejmować?" Postanowiłam zmodyfikować swoją fantazję, wprowadzając do niej autentyczny akt wiary. Wyznanie, które coś znaczy; zdanie, za które gotowa jestem umrzeć. Nie bardzo wiedząc, jak je samodzielnie sformułować, sięgnęłam po wyuczony tekst "Wierzę w Boga" i natychmiast przekonałam się, że bez wsparcia parafialnej wspólnoty ani Składu Apostolskiego, ani mszalnego Credo nie umiem wyrecytować bez pomyłki, co mnie strasznie zawstydziło. Wyobrażacie sobie kandydatkę na męczennicę, jak stoi na szafocie i duka "...Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy... nie, to nie to... i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jednorodzonego... eee... Jedynego, który z Ojca jest zrodzony..."? Symbole wiary dalej mi się czasem mylą, ale nie to jest najistotniejsze. W końcu nawet gdybym wykuła na blachę te dwa krótkie teksty (co nie jest takie znowu strasznie trudne), nie mogłabym odfajkować tej sprawy jako załatwionej. Wciąż stałoby przede mną jako zadanie do wykonania to zalecenie św. Piotra: bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest [1P 3:15].

2.2.07

Grosik do fontanny

Katechizm (2735) każe nam się dziwić, że gdy chwalimy Boga lub składamy Mu dziękczynienie za wszelkie dobrodziejstwa, nie troszczymy się o to, by wiedzieć, czy nasza modlitwa jest Mu miła; chcemy natomiast zobaczyć wynik naszej prośby. A ja się jakoś nie dziwię.

Nie dziwię się, że kto zwraca się do Boga z prośbą, ten pragnie, by ta prośba została spełniona. Dziwne by było, gdyby tego nie chciał. Każdemu chyba na czymś naprawdę zależy, a jeśli mu zależy, to logiczne, że prosi o to Boga. Jasne, że trzeba te nasze pragnienia oddawać Panu. Ale oddać pragnienie to naprawdę nie znaczy wmówić sobie, że go nie ma.
Czasem - paradoksalnie - tak bywa łatwiej. Łatwiej zrezygnować, poddać się, powiedzieć "nie to nie". Łatwiej przestać myśleć o tym, czego się tak bardzo pragnie i czego się nie dostaje. Nie jątrzyć rany. A już z całą pewnością nie modlić się o tę jedyną najważniejszą sprawę publicznie. Bo to tylko zgorszenie dla tych, którzy widzą, że modlę się i nie otrzymuję. I pytają "dlaczego", tak jak i ja pytam. I albo winią mnie, albo Pana Boga. A ja nie chcę, żeby moi przyjaciele winili mnie. I nie chcę, żeby winili Pana Boga.
A to nie tak. Żeby oddać Bogu swoje pragnienie - ten niegasnący płomień, ten cierń w sercu - trzeba je mieć. Nie ukrywać, nie wyrzekać sie go.

Z drugiej strony, nie dziwię się też, że nie zastanawiamy się, czy Panu Bogu miłe jest nasze uwielbienie i dziękczynienie. Przecież my naprawdę żadnym sposobem nie jesteśmy w stanie przydać Panu Bogu chwały! To nie Jemu, to nam są te wszystkie pienia potrzebne. Rzucamy je - jak grosik do fontanny, jak chleb rzucony do wody...
Wyrzuć swój chleb na powierzchnię wód -
a przecież po wielu dniach odnaleźć go możesz. [Koh 11:1]

1.1.07

Karusselli 27, czyli msza jest msza!

Latem 2005 roku mój mąż i ja wybraliśmy się w podróż po Litwie, Łotwie i Estonii. Mieliśmy namiot i samochód, kilka przewodników turystycznych i żadnych sprecyzowanych planów (poza tym, że najpóźniej po trzech tygodniach musimy wracać). W szczególności, nie mieliśmy pojęcia, gdzie przyjdzie nam być w niedzielę i czy tam się będzie dało pójść na mszę. Jeszcze na Litwie to było łatwe, ale im dalej na północ, tym mniej katolików.

Był sobotni ranek, kiedy zajechaliśmy do Rygi. Liczyliśmy na to, że w tak dużym mieście uda się nam dowiedzieć, jakie mamy możliwości w tej sprawie. Początek naszej wizyty w stolicy Łotwy okazał się nadzwyczaj obiecujący: pierwsza osoba, która nas zaczepiła (żeby nam wytłumaczyć, że jest weekend i nie musimy płacić za parkowanie), okazała się katolickim księdzem, i to mówiącym trochę po polsku - ale na niewiele się to zdało, bo nie dowiedzieliśmy się nic poza tym, co już wiedzieliśmy: że następne duże miasto na naszej trasie to Parnawa w Estonii i że można rozsądnie podejrzewać, iz jest tam katolicka parafia.

Rygę zwiedziliśmy dość pobieżnie, ale przed wyruszeniem w dalszą drogę podjęliśmy jeszcze jedną próbę rozwiązania kwestii niedzielnej mszy: wstąpiliśmy do kawiarenki internetowej i spróbowaliśmy poszukać danych adresowych estońskiego Kościoła w sieci. Ja byłam dość sceptycznie nastawiona - próbowałam już to robić przed wyjazdem i nic nie udalo mi się zrozumieć (język estoński jest do niczego niepodobny, a anglojęzycznej wersji jeszcze wtedy nie było) - ale, o dziwo, tym razem przynajmniej częściowo nam sie powiodło. Wyjechaliśmy z Rygi z adresem: Pärnu, Karusselli 27.

Kiedy pod wieczór dotarliśmy do Parnawy, zanosiło się na deszcz. Zaparkowaliśmy i wyruszyliśmy na poszukiwanie czegoś do jedzenia - i ulicy Karusselli. Przy głównym turystycznym deptaku udało nam się znaleźć otwartą księgarenkę - mam jeszcze plan miasta, który tam kupiłam - i niezbyt elegancki, ale przytulny i schludny bar szybkiej obsługi. Kończylismy właśnie posiłek, kiedy lunęło jak z cebra. Przeczekaliśmy najgorszy moment, ale nie mogliśmy tkwić w barze w nieskończoność. Po drodze do samochodu przemokliśmy do suchej nitki i cali mokrzy, z chlupoczącymi butami i zaparowanymi szybami, ruszyliśmy na poszukiwanie kościoła.

Ulica Karusselli okazała się przygnębiająco długą i mało uczęszczaną podmiejską uliczką, pełną starych, kilkurodzinnych murowanych domów, przeważnie otoczonych zaniedbanymi podwórkami pełnymi śmieci i pokrzyw. Budynek pod numerem 27 różnił się od sąsiadów tylko wmurowaną tabliczką: "Rooma Katoliku Kiriku Püha Apostel Johannese Kogudus".

To musiało być tu, nawet jeśli nie wyglądało to jak kościół. W ciągle padającym deszczu obeszłam budynek dokoła, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu szukając jakiegoś bocznego wejścia, zakrystii, informacji o godzinach nabożeństw, czegokolwiek. W końcu weszłam do środka. Zwykła klatka schodowa, olejne lamperie, metalowa balustrada, dwa mieszkania na parterze, dwa na piętrze. Drzwi mieszkania po lewej stronie na dole były uchylone. Czyżby to tu? Zapukałam nieśmiało... cisza. Zerknęłam przez szparę. Przedpokój wyglądał jak w zwykłym mieszkaniu, ale ubikacja była oznaczona na tabliczką na drzwiach, jak w budynku użyteczności publicznej. Zza nastepnych drzwi przezierała spora pusta przestrzeń, z jakąś karimatą rzuconą na podłogę. Mieszkanie prywatne? Kościół? Coś jeszcze innego?

Raz kozie śmierć - pomyślałam - nawet jeśli to nie tu, to może tu wiedzą, czy i o której będzie jutro msza. Uchyliłam drzwi trochę bardziej i weszłam. Na prawo był jeszcze jedne pokój, a w nim młody chłopak siedział przy biurku ze słuchawkami na uszach (zdjął je na mój widok) i uczył się z grubego akademickiego podręcznika. Nie był zachwycony najściem, ale na wszystkie moje pytania odpowiedział (skądinąd znakomita angielsczyzną): nie, kościół to nie tutaj, to w mieszkaniu obok; tak, w każdą niedzielę ludzie się tam schodzą; nie, on nie wie o której, chyba o dziesiątej, ale on wtedy jeszcze śpi. Podziękowałam i wyszłam; chłopak zatrzasnął za mną drzwi.

Nazajutrz (po nocy spędzonej w domku kempingowym) byliśmy na ulicy Karusselli już przed 9 rano - na wypadek, gdyby mój wczorajszy informator jednak pomylił się co do godziny mszy. Siedzieliśmy w samochodzie i czekali, aż ktoś przyjdzie. Minęła 9:00, 9:30, potem 10:00... Pierwsza osoba przekroczyła drzwi budynku przy ulicy Karusselli 27 dopiero o 10:20, nastepna pół godziny później. W końcu weszłam do środka, żeby zapytać, co z tą mszą. Tym razem drzwi po prawej otwarto na oścież, nie mogło być żadnych wątpliwości: to tu. W pomieszczeniu wiekości klasy szkolnej dwie starsze panie układały kwiaty na ołtarzu.

W jakim języku można się porozumieć ze starszymi paniami w Estonii?
- Zdrawstwujtie - zaczęłam niepewnie. - My iz Polszy...
- Z Polski?! - wykrzyknęła szczuplejsza z nich, w staroświeckim granatowym kostiumiku. Od tego momentu byliśmy w domu. Msza będzie, tak, oczywiście. O 12:00. Bardzo się cieszy, że jesteśmy, wszyscy się cieszą.

Ponieważ tymczasem niemal się rozpogodziło, pozostałą godzinę wykorzystaliśmy na spacer po molo. O 12 byliśmy z powrotem w kaplicy, gdzie zgromadziło się około 30 osób, przeważnie starszych, ale także dwie rodziny z małymi dziećmi i kilkoro nastolatków. Starsza pani, z którą rozmawiałam godzinę wcześniej, powitała nas uśmiechem. Wśród parafian musiało zresztą być więcej Polaków, bo wchodząc usłyszeliśmy śpiew w naszym ojczystym języku:
...niechaj Ojczyzna stanie nam się chlebem
potężna Bogiem i bogata chlebem...

Językiem liturgii był już jednak estoński, z okazjonalnymi wstawkami rosyjskimi i podwójnym (wpierw po estońsku, potem powtórzonym po rosyjsku) kazaniem. Celebrans - młody, wysoki, "skandynawski" blondyn - nie znał polskiego. Zupełnie nam to nie przeszkadzało, ale pani w granatowym kostiumiku czuła sie chyba trochę zakłopotana, bo żegnając nas po mszy próbowała się jakby usprawiedliwiać. Wtedy właśnie z jej ust padło zdanie, będące wspaniałym świadectwem jedności i katolickości (w sensie etymologicznym) Kościoła:
- Msza jest msza, choćby po kitajsku!

Tak jest, nieznana mi z imienia i nazwiska dobra duszo z Parnawy! Tak jest, wy wszyscy wybredni koneserzy kościołów, miłośnicy pięknej muzyki kościelnej i atmosfery sprzyjającej modlitwie! Tak jest, kochana "nianiu" polskiej ekipy na XIV Austriacko-Polskich Zawodach Matematycznych, dziwiąca się naszej prośbie o umożliwienie pójścia na mszę! Tak jest, Agnieszko, przyjaciółko moja, dla której nieczytelność słów i gestów liturgii okazała się jednym z większych ciężarów emigracyjnej samotności! Modlę się za Was wszystkich i całym sercem powtarzam:
Msza jest msza, choćby po kitajsku!