10.3.07

Z forum Katolika

Było na Forum Pomocy portalu Katolik.pl w czerwcu 2005. Przypomniało mi się, więc wklejam.

Alka napisała:
Przeczytałam temat, bardzo piękny pt.
"Namawiam: miejcie ludzie dzieci. To wielka łaska :)"

Dlaczego Pan Bóg nam poskąpił tej łaski?
Dlatego, żebyśmy adoptowali dziecko, trudne dziecko, chore - wiem. Ale zdarza się czasami, że małżeństwo które adoptuje dziecko, ma później swoje. Nam się to nie przytrafiło niestety.
Moje dziecko umarło. Bardzo wcześnie w 7 tygodniu życia (siódmym tygodniu od poczęcia, żeby była jasność). Był to wielki smutek. Niestety nie udało mi się pomimo kilkuletniego leczenia ponownie zajść w ciążę. Nigdy nie zostało wymazane z pamięci (dziecko), tego nie idzie zrobić. Czasami liczę ile by już miało lat, gdyby było dane mu żyć.
I tu własnie refleksja która mnie czasami nachodzi, po co ja w ogóle zachodziłam w ciążę jeżeli Bóg już wiedził, że ono nie będzie żyło? No bo Bóg wie wszystko.
Jeżeli jego życie nie pozwoliłoby na adopcję dziecka nam przeznaczonego (a tak na pewno by było, nie byłoby adopcji) to po co w ogóle powstało to życie? To miało być jakieś doświadczenie dla mnie? Nie za bardzo potrafię odgadnąć sens poronień.


A ja jej na to:
Alka...

Nie odważyłabym się pewnie nic napisać - bo co można napisać wobec takiego cierpienia, jak Twoje - gdyby nie to, że moja historia wykazuje pewne podobieństwo do Twojej. Po kilku latach starań i leczenia zaszłam w upragnioną ciążę. Byłam w euforii; wierzyłam, że stał się cud. Ale moje dziecko umarło prawie tak samo jak Twoje: w szóstym tygodniu od poczęcia. "To jest kpina, a nie cud!" - krzyczałam Bogu w twarz w bezsilnej złości.

Myliłam się. To był cud. Wyczekany, wytęskniony, wymodlony. Nowy człowiek, owoc naszej miłości, przez kilka tygodni rósł wewnątrz mojego ciała. Zdążyłam usłyszeć na USG bicie serca mojego dziecka. Otrzymałam więcej, niż miałam prawo żądać. Bo nikt nie ma prawa do dziecka, bo to Bóg jest Panem życia. Jestem Mu nieprawdopodobnie wdzięczna za każdą chwilę tych sześciu tygodni.

Że sześć tygodni to mało? No mało. A sześćdziesiąt lat to niby dużo? Z punktu widzenia wieczności to w zasadzie bez różnicy. Każdy w końcu umiera. I każdy potem zmartwychwstaje. Gdyby nasze dziecko się w ogóle nie poczęło, nie miałby kto zmartwychwstać.

Nie wiem, co mnie dalej czeka. Może kolejny, jeszcze wspanialszy cud: dziecko, które nie tylko się pocznie, ale też urodzi, zostanie ochrzczone i przeżyje wiele szczęśliwych lat. Może inny, także wspaniały cud: cud adopcji. Może życie spędzone bez dziecka w domu, w jakiejś innej formie służby dla bliźnich. Nie wiem; nie zrezygnowaliśmy jeszcze z leczenia, ani nie rozeznaliśmy swojego powołania, jeśli chodzi o ewentualną adopcję. Daliśmy sobie jeszcze kilka lat na decyzję.

Ale Ty, z tego co pisałaś, masz adoptowane dziecko. A skoro tak, to na pewno wiesz, ile jest na świecie niepotrzebnego cierpienia maleńkich dzieci w patologicznych rodzinach; ile czystych i schludnych domów dziecka, w których dają jeść, ale nie dają miłości. I może żałowałaś czasem, że nie mogłaś być ze swoim adoptowanym dzieckiem wcześniej, od samych narodzin (jeśli nie jeszcze wcześniej), bo przecież Ty je tak bardzo kochasz, nie to co tamci, uchroniłabyś je przed wszystkimi zranieniami.

A ja sobie myślę, że choćbym była najlepszą matką na świecie, to jestem tylko człowiekiem. Czasem zmęczonym, czasem w złym humorze, czasem czegoś nie rozumiejącym czy nie umiejącym zrobić. Mimo najszczerszych starań, czasem ranię ludzi; i zapewne nieraz zraniłabym swoje dziecko, gdyby nadal było ze mną. W porównaniu z tym, co może mu zapewnić Pan Bóg, cała moja miłość jest warta tyle, co pocałunek matki-pijaczki, która przecież też kocha swoje dziecko, nawet jeśli za godzinę zapomni o nim, żeby iść do knajpy.

Bardzo kocham swoje zmarłe dziecko i często o nim myślę. Chciałabym, żeby wyrosło na dobrego człowieka. Jestem pewna, że tak się stanie; w końcu Pan Bóg osobiście zajął się jego wychowaniem. (To dotyczy, oczywiście, również Twojego dziecka.)

Zacytuję Ci jeszcze wierszyk, który zaczęłam pisać leżąc w szpitalu z zagrożoną ciążą, a skończyłam już po poronieniu:


Człowiek się nie rodzi, człowiek się ślimaczy:
musi długo rosnąć, nim go ktoś zobaczy.
Wpierw jest bladą kreską na ciążowym teście
(bledszą niż nadzieja, ulotną jak szczęście);
jest tkliwością piersi i bólem podbrzusza,
gdy się w ciele wierci dodatkowa dusza;
w ultrasonografie pulsującą plamą;
krwi serdecznej rytmem: "mamo-mamo-mamo-"...
Jeśli teraz umrze, pozostanie cieniem:
bez płci, twarzy, głosu, z niepewnym imieniem,
ubogi powróci do ojczyzny w Niebie.
Nie poznawszy świata, nie pozna sam siebie.
Lecz gdy go ogarnie światłość niezmierzona,
jak wpierw ogarniała ciemność matki łona,
ujrzy nasze twarze opłukane łzami
i tę, z której powstał: miłość między nami.

9.3.07

Tak miało być?

Ludzie w obliczu nieszczęścia mówią "Bóg tak chciał", "tak mu było pisane", "tak miało być". Moja mama i babcia zawsze mówiły "tak miało być". Sama tak czasem mówię do tej pory - tak głęboko to we mnie utkwiło.

Nigdy mi się to nie kłóciło z obrazem Boga, który jest miłością. Co najwyżej z obrazem Bożej Wszechmocy: Bóg mojej mamy potrafi niekiedy odwrócić wyrok fatum, ale czyni to z rzadka, jakby kosztowało Go to wiele wysiłku. Jeśli nieszczęście faktycznie się zdarza, to po prostu znaczy, że tym razem się na ten wysiłek nie porwał.

Z czasem doszłam do wniosku, że to kwestia psychicznej samoobrony. Każde nieszczęście musi mieć winowajcę. Jeśli można je jednoznacznie przypisać "złemu człowiekowi" - kierowca popełnił błąd, lekarz zlekceważył objawy, kominiarz źle wyczyścił komin - to wszystko jest w porządku. X nas skrzywdził, my po chrześcijańsku wybaczamy Xowi (wybaczanie akurat wychodzi nam nieźle, co najwyżej z lekkim poczuciem wyższości), życie toczy się dalej. Ale jeśli jedynym bezpośrednio zaangażowanym w sprawę człowiekiem jestem ja (albo ktoś mi bliski), to zwyczajnie nie potrafię przyjąć odpowiedzialności. Zwyczajnie jestem za słaba. Mogę ponieść konsekwencje, ale nie jestem w stanie powiedzieć sobie: to ja jestem winna.

No bo jak? To ja jestem winna śmierci mojego dziecka? Bo nie dopatrzyłam, nie dopilnowałam? Bo za dużo wstawałam z łóżka, bo mimo wątpliwości posłuchałam lekarki i odstawiłam leki, bo nie upomniałam się o swoje? Bo "niektórzy ludzie nie powinni mieć dzieci"? Nonsens? Nonsens, ale ta myśl wraca i zwykłe "to nie tak" na nią nie pomaga. Nie sposób się przed nią obronić inaczej, niż wskazując innego winowajcę.

(Jest taka scena w "Roku 1984" Orwella. Przesłuchujący Winstona O'Brien grozi mu zamknięciem głowy w klatce z wygłodniałymi szczurami. Winston ma uraz do szczurów, perspektywa tej tortury go przeraża, to dla niego najkoszmarniejsza rzecz na świecie. W ostatniej chwili przychodzi mu do głowy "zbawienna myśl. Był tylko jeden, jeden jedyny sposób ratunku. Musi odgrodzić się od szczurów ciałem innego człowieka.")

Stąd się bierze wzajemne obwinianie, pretensje, żale. W takim stanie można wykrzyczeć najukochańszemu człowiekowi "to wszystko przez ciebie!" i zranić go do głębi. Albo samemu zostać zranionym, kiedy najukochańszy człowiek broni się przed zranieniem krzykiem, obojętnością, gryzącą ironią.

Czasem - rzadko - przyjmuję winę. Tak, to ja nie zadbałam, nie dopilnowałam, to ja cię skrzywdziłam. Nasza miłość jest dość silna, żeby unieść taki ciężar. Nie wiń siebie, obwiń mnie - i przebacz. Żebyś nie musiał sam sobie przebaczać, bo to trudniej. Dużo, dużo trudniej.

Ale jest Ktoś, który zawsze przyjmie winę na siebie. Kto już raz wziął na siebie wszystkie nasze grzechy. Kto stoi i milczy - "jak baranek na rzeź prowadzony" - i nie protestuje, kiedy wykrzykuję Mu wszystkie moje pretensje. I pewnie nie zaprotestowałby nawet, gdybym podeszła do ołtarza, złapała monstrancję i rąbnęła nią o ziemię (ostatnio na adoracji ojciec ją tak kusząco wystawił na samym skraju, zamiast schować bezpiecznie za tą kratką nad tabernakulum...). Ktoś, do Kogo mój ślepy wrzask "to wszystko przez ciebie" z całą pewnością się stosuje, bo On jest tym Słowem, o którym napisano "wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało".