Test Turinga został oryginalnie wymyślony w celu rozstrzygnięcia, czy komputery mogą myśleć. Osoba przeprowadzająca test ma osądzić na podstawie przebiegu swobodnej konwersacji, czy jej rozmówca jest człowiekiem czy maszyną. Zakładamy, że konwersacja ta toczy się za pośrednictwem klawiatury i ekranu lub podobnego medium, aby wyeliminować niesprawiedliwe traktowanie komputera: ocenie ma podlegać zawartość wypowiedzi, nie zaś zdolność symulowania naturalnie brzmiącej mowy. Komputer, który w tych warunkach jest w stanie skutecznie udawać człowieka, zostaje uznany za myślący. (Człowiek, którego testujący uzna za maszynę, dowiedzie niedoskonałości testu.)
Z różnych względów test Turinga wydaje mi się użyteczną metaforą odnajdywania działania Boga w moim życiu. W teście Turinga pojedyncza wyjątkowo inteligentna odpowiedź może trafić się bezmyślnej maszynie przypadkiem, jak ślepej kurze ziarno, i dlatego ma mniejszą wagę dowodową niż konsekwentnie okazywany zdrowy rozsądek (choć pojedyncza wyjątkowo inteligentna odpowiedź może odegrać rolę języczka u wagi, pozwalając testującemu ostatecznie nabrać przekonania, że ma do czynienia z istotą ludzką). Podobnie, jakiekolwiek pojedyncze wydarzenie z mego życia ma dla mnie mniejszą wagę dowodową niż konsekwentnie obserwowany podskórny prąd wydarzeń, w którym różne drobiazgi mają swoje miejsce i składają się razem na obraz świata, który nie jest kompletnie przypadkowy, ale zmierza w jakimś kierunku, niczym fabuła dobrej powieści.
Nie zostałam nigdy uzdrowiona z żadnej poważnej choroby. Ale wielokrotnie zdarzało się, że moje (fizyczne bądź nie) cierpienia nagle okazywały się nagle bardziej znośne, kiedy czyniłam świadomy wysiłek, aby zaakceptować je jako sposób uczestnictwa w cierpieniu Chrystusa.
Nie przeżyłam nigdy niczego podobnego do prywatnego objawienia: żadnych wizji, głosów itp. Ale doświadczyłam niejednego nagłego olśnienia, kiedy odpowiedź na dręczące mnie pytanie stawała się nagle tak oczywista, jak niedostępna wydawała się chwilę wcześniej (pytania te dotyczyły spraw z zakresu rozpościerającego się od analizy fourierowskiej, poprzez sensowność podzielenia grupy biblijnej na dwie mniejsze, aż po sposób poradzenia sobie z pokusami). Olśnienia te poprzedzone były momentami najintensywniejszej koncentracji na modlitwie, jakie kiedykolwiek przeżyłam.
Nigdy nie mówiłam językami. Ale wielokrotnie dziękowano mi za użycie akurat tej a nie innej frazy akurat w tym konkretnym momencie, kiedy okazała się ona dla rozmówcy szczególnie znacząca. Podziękowania te przyjmowałam z pokornym zdumieniem, bo mnie samej to co mówiłam najczęściej wydawało się bądź to oczywiste i oklepane, bądź też nie do końca tym, co naprawdę chciałam powiedzieć.
Postacie eucharystyczne wyglądają i smakują dla mnie jak zwykły opłatek. Ale wielokrotnie obserwowałam, że różne sprawy z mojego życia wyglądają inaczej i do innych wniosków dochodzę, kiedy myślę o nich w kaplicy adoracji, twarzą w twarz z Chrystusem w Najświętszym Sakramencie, niż gdziekolwiek indziej.
Każda z poszczególnych egzemplifikacji wyżej opisanych prawidłowości daje się sama w sobie wytłumaczyć bez wspominania o Bogu: przypadkiem, naturalnymi mechanizmami psychologicznymi itp. W całym swym nagromadzeniu jednak nieodparcie narzucają mi one wrażenie, że koleje mojego życia podlegają kontroli potężnej a życzliwej Istoty dysponującej własną wolą i inteligencją, która to Istotę nazywam Bogiem. Na ile potrafię to ocenić, Bóg zdał mój osobisty test Turinga.
Oczywiście, żaden (skończony) test Turinga nie jest nieomylny. Nieważne, jak sprytnie testujący przepytuje testowanego, prawdopodobieństwo tego, że prosty program udzielający losowych odpowiedzi odpowie “prawidłowo” (tj. w sposób, który skłoni testującego do wierzenia, że ma do czynienia z człowiekiem) jest niezerowe. (Tym bardziej może sobie z tym zadaniem poradzić skomplikowany program, zawierający specjalne procedury dla “rozumienia” i przetwarzania informacji. Czasami to się rzeczywiście zdarza, może nie w kontekście faktycznego testu, ale wszędzie tam, gdzie “boty” spotykają się z ludźmi na równych prawach, np. na internetowych czatach i kanałach IRC.) Nie oznacza to, że test Turinga jest bezwartościowy i należy z niego zrezygnować. Przede wszystkim, nie mamy nic w zamian. W rzeczywistości nasza wiara w to, że inni ludzie są podobnymi do nas, myślącymi i świadomymi istotami, opiera się na niczym innym jak nieświadomie przeprowadzonym teście Turinga: jeśli ktoś zachowuje się w sposób, którego spodziewalibyśmy się po człowieku, to jest człowiekiem.
Tak więc, nie dysponuję ścisłym dowodem tego, że inni ludzie są świadomi siebie tak jak ja. Jedynie wierzę w to; ale wierzę niebezpodstawnie: mam swoje powody. Te powody można opisać mówiąc, że zdali oni test Turinga, który przeprowadziłam (nie znaczy to, że rozmyślnie testowałam kogokolwiek).
Zupełnie analogicznie, nie dysponuję ścisłym dowodem istnienia Boga ani możliwości kontaktu z nim. Jest do pomyślenia, że wszystko, co interpretuję jako jego działanie w moim życiu w rzeczywistości zdarza się samo przez się, po prostu dlatego że tak się ułożyły okoliczności we Wszechświecie, bez jakiejkolwiek woli czy inteligencji, która by za tym stała. Mimo to wierzę, że jest Bóg – wszechmocny, wszechwiedzący i miłujący – i że jestem w swego rodzaju (niedoskonałym) kontakcie z nim. Wierzę niebezpodstawnie: na ile potrafię to ocenić, Bóg zdał mój osobisty “teologiczny test Turinga”.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz