9.3.07

Tak miało być?

Ludzie w obliczu nieszczęścia mówią "Bóg tak chciał", "tak mu było pisane", "tak miało być". Moja mama i babcia zawsze mówiły "tak miało być". Sama tak czasem mówię do tej pory - tak głęboko to we mnie utkwiło.

Nigdy mi się to nie kłóciło z obrazem Boga, który jest miłością. Co najwyżej z obrazem Bożej Wszechmocy: Bóg mojej mamy potrafi niekiedy odwrócić wyrok fatum, ale czyni to z rzadka, jakby kosztowało Go to wiele wysiłku. Jeśli nieszczęście faktycznie się zdarza, to po prostu znaczy, że tym razem się na ten wysiłek nie porwał.

Z czasem doszłam do wniosku, że to kwestia psychicznej samoobrony. Każde nieszczęście musi mieć winowajcę. Jeśli można je jednoznacznie przypisać "złemu człowiekowi" - kierowca popełnił błąd, lekarz zlekceważył objawy, kominiarz źle wyczyścił komin - to wszystko jest w porządku. X nas skrzywdził, my po chrześcijańsku wybaczamy Xowi (wybaczanie akurat wychodzi nam nieźle, co najwyżej z lekkim poczuciem wyższości), życie toczy się dalej. Ale jeśli jedynym bezpośrednio zaangażowanym w sprawę człowiekiem jestem ja (albo ktoś mi bliski), to zwyczajnie nie potrafię przyjąć odpowiedzialności. Zwyczajnie jestem za słaba. Mogę ponieść konsekwencje, ale nie jestem w stanie powiedzieć sobie: to ja jestem winna.

No bo jak? To ja jestem winna śmierci mojego dziecka? Bo nie dopatrzyłam, nie dopilnowałam? Bo za dużo wstawałam z łóżka, bo mimo wątpliwości posłuchałam lekarki i odstawiłam leki, bo nie upomniałam się o swoje? Bo "niektórzy ludzie nie powinni mieć dzieci"? Nonsens? Nonsens, ale ta myśl wraca i zwykłe "to nie tak" na nią nie pomaga. Nie sposób się przed nią obronić inaczej, niż wskazując innego winowajcę.

(Jest taka scena w "Roku 1984" Orwella. Przesłuchujący Winstona O'Brien grozi mu zamknięciem głowy w klatce z wygłodniałymi szczurami. Winston ma uraz do szczurów, perspektywa tej tortury go przeraża, to dla niego najkoszmarniejsza rzecz na świecie. W ostatniej chwili przychodzi mu do głowy "zbawienna myśl. Był tylko jeden, jeden jedyny sposób ratunku. Musi odgrodzić się od szczurów ciałem innego człowieka.")

Stąd się bierze wzajemne obwinianie, pretensje, żale. W takim stanie można wykrzyczeć najukochańszemu człowiekowi "to wszystko przez ciebie!" i zranić go do głębi. Albo samemu zostać zranionym, kiedy najukochańszy człowiek broni się przed zranieniem krzykiem, obojętnością, gryzącą ironią.

Czasem - rzadko - przyjmuję winę. Tak, to ja nie zadbałam, nie dopilnowałam, to ja cię skrzywdziłam. Nasza miłość jest dość silna, żeby unieść taki ciężar. Nie wiń siebie, obwiń mnie - i przebacz. Żebyś nie musiał sam sobie przebaczać, bo to trudniej. Dużo, dużo trudniej.

Ale jest Ktoś, który zawsze przyjmie winę na siebie. Kto już raz wziął na siebie wszystkie nasze grzechy. Kto stoi i milczy - "jak baranek na rzeź prowadzony" - i nie protestuje, kiedy wykrzykuję Mu wszystkie moje pretensje. I pewnie nie zaprotestowałby nawet, gdybym podeszła do ołtarza, złapała monstrancję i rąbnęła nią o ziemię (ostatnio na adoracji ojciec ją tak kusząco wystawił na samym skraju, zamiast schować bezpiecznie za tą kratką nad tabernakulum...). Ktoś, do Kogo mój ślepy wrzask "to wszystko przez ciebie" z całą pewnością się stosuje, bo On jest tym Słowem, o którym napisano "wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało".

Brak komentarzy: