Był sobotni ranek, kiedy zajechaliśmy do Rygi. Liczyliśmy na to, że w tak dużym mieście uda się nam dowiedzieć, jakie mamy możliwości w tej sprawie. Początek naszej wizyty w stolicy Łotwy okazał się nadzwyczaj obiecujący: pierwsza osoba, która nas zaczepiła (żeby nam wytłumaczyć, że jest weekend i nie musimy płacić za parkowanie), okazała się katolickim księdzem, i to mówiącym trochę po polsku - ale na niewiele się to zdało, bo nie dowiedzieliśmy się nic poza tym, co już wiedzieliśmy: że następne duże miasto na naszej trasie to Parnawa w Estonii i że można rozsądnie podejrzewać, iz jest tam katolicka parafia.
Rygę zwiedziliśmy dość pobieżnie, ale przed wyruszeniem w dalszą drogę podjęliśmy jeszcze jedną próbę rozwiązania kwestii niedzielnej mszy: wstąpiliśmy do kawiarenki internetowej i spróbowaliśmy poszukać danych adresowych estońskiego Kościoła w sieci. Ja byłam dość sceptycznie nastawiona - próbowałam już to robić przed wyjazdem i nic nie udalo mi się zrozumieć (język estoński jest do niczego niepodobny, a anglojęzycznej wersji jeszcze wtedy nie było) - ale, o dziwo, tym razem przynajmniej częściowo nam sie powiodło. Wyjechaliśmy z Rygi z adresem: Pärnu, Karusselli 27.
Kiedy pod wieczór dotarliśmy do Parnawy, zanosiło się na deszcz. Zaparkowaliśmy i wyruszyliśmy na poszukiwanie czegoś do jedzenia - i ulicy Karusselli. Przy głównym turystycznym deptaku udało nam się znaleźć otwartą księgarenkę - mam jeszcze plan miasta, który tam kupiłam - i niezbyt elegancki, ale przytulny i schludny bar szybkiej obsługi. Kończylismy właśnie posiłek, kiedy lunęło jak z cebra. Przeczekaliśmy najgorszy moment, ale nie mogliśmy tkwić w barze w nieskończoność. Po drodze do samochodu przemokliśmy do suchej nitki i cali mokrzy, z chlupoczącymi butami i zaparowanymi szybami, ruszyliśmy na poszukiwanie kościoła.
Ulica Karusselli okazała się przygnębiająco długą i mało uczęszczaną podmiejską uliczką, pełną starych, kilkurodzinnych murowanych domów, przeważnie otoczonych zaniedbanymi podwórkami pełnymi śmieci i pokrzyw. Budynek pod numerem 27 różnił się od sąsiadów tylko wmurowaną tabliczką: "Rooma Katoliku Kiriku Püha Apostel Johannese Kogudus".To musiało być tu, nawet jeśli nie wyglądało to jak kościół. W ciągle padającym deszczu obeszłam budynek dokoła, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu szukając jakiegoś bocznego wejścia, zakrystii, informacji o godzinach nabożeństw, czegokolwiek. W końcu weszłam do środka. Zwykła klatka schodowa, olejne lamperie, metalowa balustrada, dwa mieszkania na parterze, dwa na piętrze. Drzwi mieszkania po lewej stronie na dole były uchylone. Czyżby to tu? Zapukałam nieśmiało... cisza. Zerknęłam przez szparę. Przedpokój wyglądał jak w zwykłym mieszkaniu, ale ubikacja była oznaczona na tabliczką na drzwiach, jak w budynku użyteczności publicznej. Zza nastepnych drzwi przezierała spora pusta przestrzeń, z jakąś karimatą rzuconą na podłogę. Mieszkanie prywatne? Kościół? Coś jeszcze innego?
Raz kozie śmierć - pomyślałam - nawet jeśli to nie tu, to może tu wiedzą, czy i o której będzie jutro msza. Uchyliłam drzwi trochę bardziej i weszłam. Na prawo był jeszcze jedne pokój, a w nim młody chłopak siedział przy biurku ze słuchawkami na uszach (zdjął je na mój widok) i uczył się z grubego akademickiego podręcznika. Nie był zachwycony najściem, ale na wszystkie moje pytania odpowiedział (skądinąd znakomita angielsczyzną): nie, kościół to nie tutaj, to w mieszkaniu obok; tak, w każdą niedzielę ludzie się tam schodzą; nie, on nie wie o której, chyba o dziesiątej, ale on wtedy jeszcze śpi. Podziękowałam i wyszłam; chłopak zatrzasnął za mną drzwi.
Nazajutrz (po nocy spędzonej w domku kempingowym) byliśmy na ulicy Karusselli już przed 9 rano - na wypadek, gdyby mój wczorajszy informator jednak pomylił się co do godziny mszy. Siedzieliśmy w samochodzie i czekali, aż ktoś przyjdzie. Minęła 9:00, 9:30, potem 10:00... Pierwsza osoba przekroczyła drzwi budynku przy ulicy Karusselli 27 dopiero o 10:20, nastepna pół godziny później. W końcu weszłam do środka, żeby zapytać, co z tą mszą. Tym razem drzwi po prawej otwarto na oścież, nie mogło być żadnych wątpliwości: to tu. W pomieszczeniu wiekości klasy szkolnej dwie starsze panie układały kwiaty na ołtarzu.
W jakim języku można się porozumieć ze starszymi paniami w Estonii?
- Zdrawstwujtie - zaczęłam niepewnie. - My iz Polszy...
- Z Polski?! - wykrzyknęła szczuplejsza z nich, w staroświeckim granatowym kostiumiku. Od tego momentu byliśmy w domu. Msza będzie, tak, oczywiście. O 12:00. Bardzo się cieszy, że jesteśmy, wszyscy się cieszą.
Ponieważ tymczasem niemal się rozpogodziło, pozostałą godzinę wykorzystaliśmy na spacer po molo. O 12 byliśmy z powrotem w kaplicy, gdzie zgromadziło się około 30 osób, przeważnie starszych, ale także dwie rodziny z małymi dziećmi i kilkoro nastolatków. Starsza pani, z którą rozmawiałam godzinę wcześniej, powitała nas uśmiechem. Wśród parafian musiało zresztą być więcej Polaków, bo wchodząc usłyszeliśmy śpiew w naszym ojczystym języku:
...niechaj Ojczyzna stanie nam się chlebem
potężna Bogiem i bogata chlebem...
Językiem liturgii był już jednak estoński, z okazjonalnymi wstawkami rosyjskimi i podwójnym (wpierw po estońsku, potem powtórzonym po rosyjsku) kazaniem. Celebrans - młody, wysoki, "skandynawski" blondyn - nie znał polskiego. Zupełnie nam to nie przeszkadzało, ale pani w granatowym kostiumiku czuła sie chyba trochę zakłopotana, bo żegnając nas po mszy próbowała się jakby usprawiedliwiać. Wtedy właśnie z jej ust padło zdanie, będące wspaniałym świadectwem jedności i katolickości (w sensie etymologicznym) Kościoła:
- Msza jest msza, choćby po kitajsku!
Tak jest, nieznana mi z imienia i nazwiska dobra duszo z Parnawy! Tak jest, wy wszyscy wybredni koneserzy kościołów, miłośnicy pięknej muzyki kościelnej i atmosfery sprzyjającej modlitwie! Tak jest, kochana "nianiu" polskiej ekipy na XIV Austriacko-Polskich Zawodach Matematycznych, dziwiąca się naszej prośbie o umożliwienie pójścia na mszę! Tak jest, Agnieszko, przyjaciółko moja, dla której nieczytelność słów i gestów liturgii okazała się jednym z większych ciężarów emigracyjnej samotności! Modlę się za Was wszystkich i całym sercem powtarzam:
Msza jest msza, choćby po kitajsku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz