Nie dziwię się, że kto zwraca się do Boga z prośbą, ten pragnie, by ta prośba została spełniona. Dziwne by było, gdyby tego nie chciał. Każdemu chyba na czymś naprawdę zależy, a jeśli mu zależy, to logiczne, że prosi o to Boga. Jasne, że trzeba te nasze pragnienia oddawać Panu. Ale oddać pragnienie to naprawdę nie znaczy wmówić sobie, że go nie ma.
Czasem - paradoksalnie - tak bywa łatwiej. Łatwiej zrezygnować, poddać się, powiedzieć "nie to nie". Łatwiej przestać myśleć o tym, czego się tak bardzo pragnie i czego się nie dostaje. Nie jątrzyć rany. A już z całą pewnością nie modlić się o tę jedyną najważniejszą sprawę publicznie. Bo to tylko zgorszenie dla tych, którzy widzą, że modlę się i nie otrzymuję. I pytają "dlaczego", tak jak i ja pytam. I albo winią mnie, albo Pana Boga. A ja nie chcę, żeby moi przyjaciele winili mnie. I nie chcę, żeby winili Pana Boga.
A to nie tak. Żeby oddać Bogu swoje pragnienie - ten niegasnący płomień, ten cierń w sercu - trzeba je mieć. Nie ukrywać, nie wyrzekać sie go.
Z drugiej strony, nie dziwię się też, że nie zastanawiamy się, czy Panu Bogu miłe jest nasze uwielbienie i dziękczynienie. Przecież my naprawdę żadnym sposobem nie jesteśmy w stanie przydać Panu Bogu chwały! To nie Jemu, to nam są te wszystkie pienia potrzebne. Rzucamy je - jak grosik do fontanny, jak chleb rzucony do wody...
Wyrzuć swój chleb na powierzchnię wód -
a przecież po wielu dniach odnaleźć go możesz. [Koh 11:1]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz