12.2.07
Wyznanie wiary
Wśród pouczeń, jakie w toku chrześcijańskiego wychowania otrzymuje przeciętne dziecko, jest także i to: że do wiary należy się otwarcie przyznawać, choćby groziło to prześladowaniem. W moim przypadku pouczenie to przyszło poparte inspirującym a melodramatycznym przykładem męczenników (tych rzymskich, z pierwszych wieków, jak i późniejszych misjonarzy). Pamiętam swoje niezwykle romantyczne dziecinne fantazje, w których za mężne wyznanie wiary płaciłam co najmniej ścięciem bądź rozstrzelaniem, a niekiedy spłonięciem żywcem na stosie (po lekturze "Winnetou" do repertuaru moich wyimaginowanych prześladowców dołączył indiański pal męczarni). O ile jednak moment męczeńskiej śmierci bywał w moich fantazjach dopracowany do perfekcji, o tyle prowokujące ją wyznanie wiary najczęściej sprowadzało sie do prostego i dość naiwnego oświadczenia "wierzę w Boga" (ewentualnie "w Chrystusa").
Z czasem zaczęłam wyrastać z dziecinnych fantazji, zmieniły się też moje lektury. Bodajże w "Zakonnicy" Diderota (acz mogę się mylić) natrafiłam na scenę, w której przesłuchujący żądają od tytułowej bohaterki "uczynienia aktu wiary" - a ona składa wyznanie, będące w zasadzie kilkuzdaniowym streszczeniem katolickiej teologii. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że moje dziecinne wyobrażenia, oprócz kompletnego braku wyobraźni co do realności cierpień fizycznych, grzeszyły naiwnością róznież w tym zakresie, że odpowiedzialność za ustalenie treści wiary potwierdzanej męczeństwem składały na prześladowców. To oni rozdawali role; oni definiowali, czym bądź kim jest chrześcijanin. Mnie pozostawałó jedynie zaakceptować (bądź nie) tę etykietkę. I nagle stanęła mi przed oczami scena następująca: ja tu (nie tyle ja-realna, ile ja-z-dawnych-fantazji) wypinam pierś i dumnie oświadczam "Christiana sum", wyciągając jednocześnie szyję w oczekiwaniu na cios miecza; a słuchacze patrzą bez zrozumienia i pytają "OK, ale o co właściwie chodzi? Co to za bydlę taka chrześcijanka i dlaczego my się mamy przejmować?"
Postanowiłam zmodyfikować swoją fantazję, wprowadzając do niej autentyczny akt wiary. Wyznanie, które coś znaczy; zdanie, za które gotowa jestem umrzeć. Nie bardzo wiedząc, jak je samodzielnie sformułować, sięgnęłam po wyuczony tekst "Wierzę w Boga" i natychmiast przekonałam się, że bez wsparcia parafialnej wspólnoty ani Składu Apostolskiego, ani mszalnego Credo nie umiem wyrecytować bez pomyłki, co mnie strasznie zawstydziło. Wyobrażacie sobie kandydatkę na męczennicę, jak stoi na szafocie i duka "...Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy... nie, to nie to... i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jednorodzonego... eee... Jedynego, który z Ojca jest zrodzony..."?
Symbole wiary dalej mi się czasem mylą, ale nie to jest najistotniejsze. W końcu nawet gdybym wykuła na blachę te dwa krótkie teksty (co nie jest takie znowu strasznie trudne), nie mogłabym odfajkować tej sprawy jako załatwionej. Wciąż stałoby przede mną jako zadanie do wykonania to zalecenie św. Piotra: bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest [1P 3:15].
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz